22.01.2012

WPŁYW PICIA NA RODZINĘ I ŻYCIE PRYWATNE

Moja pierwotna rodzina i moje miejsce w niej

Wychowałem się w domu, gdzie ojciec był milicjantem/policjantem a Matula zwykłym pracownikiem biurowym. Przez pierwsze lata mojego życia, ojca nie było w domu, ponieważ zdobywał wiedzę i doświadczeni związane ze swoim fachem. Niestety niewiele pamiętam z okresu dzieciństwa. Pojawiają się pewne flesze z tamtego okresu - te przyjemne, radosne i dobre oraz nieprzyjemne, smutne i złe. Chyba bardziej utkwiły mi w pamięci te ostatnia. Pamiętam, że jak ojciec zjawiał się w domu i widział jak bawię się lalką, wyrażał swoją dezaprobatę, złość i niechęć. Przecież byłem pierworodnym, a tu … chłopak bawi się wszystkim tylko nie samochodami. W tym czasie istniała dla Matula. Ona była najważniejsza. Ona była blisko. Była opiekunką, gospodynią zajmująca się domem, pracującą kobietą. Odprowadzała mnie do przedszkola a brata do żłobka. Niestety nie należałem do „łatwych” dzieci, co wynikało chyba z mojej nadwrażliwości w porównaniu z rówieśnikami oraz z nagle pojawiającą się epilepsją. Choroba ta w jakiś sposób wpłynęła na moje myślenie, postrzeganie ludzi itd. Poza tym, za każdym razem jak przypomnę sobie chwile związane z epi, ataki jestem przerażony do tej chwili. Zastanawiam się, czy choroba i tamten okres, brak miłości i bliskości ojca nie wpłynęły na moje dalsze, destrukcyjne życie.

W domu rodzinnym byłym najstarszym dzieckiem. Ponoć upragnionym i nie mnie oceniać czy tak było naprawdę. Wpadli i nie chcę analizować tego. Z opowiadań wiem, że moja Matula musiała zrezygnować z dziennego liceum i przejść na wieczorowy tryb nauki. Cóż, wtedy źle było postrzegane, jak młoda kobieta urodziła dziecko, tym bardziej ucząc się w liceum. Wtedy z kilkumiesięcznym dzieciakiem, który bawił się z profesorką (albo ona z nim) zdawała maturę. Raz mi mówiono o tym w sensie pozytywnym – przecież zdała dzięki mnie maturę, innym razem w sensie negatywnym – przez ciebie musiałam zdawać maturę w wieczorowym liceum. Choć więcej było tych pozytywnych reakcji, to jednak te drugie utkwiły mi bardziej w pamięci. Tkwiły i tkwią. Trochę się to zmieniło, kiedy Matula jakieś dwa lata temu skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Studiując podobny kierunek do mojego pomagałem jak tylko mogłem i potrafiłem, nawet na odległość (wtedy mieszkałem jeszcze w Warszawie). Miałem satysfakcję, ponieważ mogłem odwdzięczyć się za jej pomoc w mojej nauce i wyjść z pewnego poczucia winy – zrekompensować jej okres, kiedy przyszedłem na świat i przyczyniłem się do zmiany jej życia. A przecież sam stwarzałem trudności wychowawcze i miałem na początku problemy z nauką. Wtedy ona poświęcała mi każdy wolny czas.

Mogę powiedzieć, że jako dziecko szybko dojrzałem, a nawet „zestarzałem się”. Wpajano mi od dziecka: „Jesteś najstarszy i musisz opiekować się braćmi. To Twój obowiązek.”. Kiedy ojca często nie było, a Matula miała pełne ręce roboty wracając ze szkoły odbierałem Sebastiana z przedszkola a później ze szkoły. Niechętnie wracam do tego okresu, ponieważ młodszy brat był silniejszy (nie tylko fizycznie), wykorzystywał moje słabości, nadwrażliwość. Stałem się dzieckiem bohaterem? I takim pozostałem – odpowiedzialnym, dającym przykład młodszym. Szczerze mówiąc nie lubię wspominać tamtego okresu. Dla ośmiolatka było gehenną odbieranie pięciolatka z przedszkola, który nie liczył się z moim zdaniem, dla którego starszy brat był tylko wzorem, który robił wszystko, byle na złość starszemu bratu. Na nic zdawały się moje prośby, krzyki, straszenie, próby przekupstwa. Robił, co chciał, wiedząc, że i tak nic mu nie zrobię. Rzeczywiście, bałem się, że jak mu wleję to bardziej ja dostanę od ojca. Już wtedy Sebastian był ważniejszy, tym „lepszym” dzieckiem.

Mając wpojone poczucie obowiązku, czułem się odpowiedzialny za Sebastiana, zwłaszcza, kiedy zaczął uczyć się w szkole. Po spędzonym czasie w świetlicy wracaliśmy do domu. Jak to dzieci, zaciekawieni światem robiliśmy różne rzeczy. We mnie tkwił strach – nie wrócimy na czas do domu to będzie awantura, lanie smyczą, krzyk. Sebastian już na samym początku pokazał, na co go stać. Jak się okazało, w nim też górę brał strach. Dostał z czegoś dwóję i bojąc się ojca, chciał się utopić w Rawie. Moje błagania, płacz na nic się nie zdały. Były pożywką do drwin kolegów. Niedawno, rozmawiając o tym z Matulą dowiedziałem się, że Sebastian drwił ze mnie, szantażując mnie, bawiąc się moimi uczuciami. Poza tym okazało się, że mimo mojej odpowiedzialności dostałem lanie smyczą za to, że nie potrafiłem sobie poradzić z młodszym bratem. Ironia losu…

Pamiętam też okres, kiedy miałem 17 lat. Wtedy Sebastian miał 14 lat a Mirek 4 latka. Szybko uciekłem z domu. Po pretekstem nauki w szkole policealnej przeniosłem się do Babci. Oczywiście na początku nie nocowałem codziennie. Nie mogłem. Moi rodzice pracowali od rana do wieczora i ktoś musiał się zająć domem i braćmi. Co dwa dni a później coraz rzadziej przyjeżdżałem i zajmowałem się wszystkim. Kładłem Mirka spać, usypiając go, czytając mu książki albo opowiadając bajki. Niedawno to wspominaliśmy nawet. Nienawidziłem tego wszystkiego, ale kochałem go bardziej niż Sabka i chciałem, żeby miał jak najlepiej w życiu. Jednak szybko się poddałem. Nie ja powinienem wychowywać czterolatka.

Wspominając życie w tamtej rodzinie czuję zażenowanie i złość. Złość, że dałem sobą manipulować i wykorzystywać się, jaki byłem i dlaczego właśnie tak postępowałem. Poza tym, próbowałem sobie przypomnieć, jakie były relacje z moimi rodzicami, przede wszystkim z ojcem. Pamiętam częste awantury, widok nietrzeźwego faceta. Jako dziecko i później nastolatek leżąc i udając śpiącego, słyszałem wszystkie wyzwiska, wzajemnie do siebie rzucane, płacz Matuli. Nie raz płakałem. Nie raz, podczas kłótni krzyczałem, żeby byli cicho, że już nie mogę tego wszystkiego słuchać. Stawałem w obronie Matuli, wysłuchując później jej żalów na temat sytuacji w domu, ojca. Trwa to do dzisiaj. Zależność? Miłość? Toksyczna relacja? Inną sprawą jest ojciec. Nie miałem z nim dobrego kontaktu, choć i dla mnie był w pewnym momencie życia wzorem do naśladowania. Chciałem być do niego podobny. Co do mnie czuł a co ja do niego? Miłość? Zastanawiam się czy brak późniejszy relacji ojciec – syn nie wpłynął na moje dalsze życie? Czy ojciec sam nie miał i nie ma problemu z alkoholem?

Moja nuklearna rodzina i wpływ picia na nią.

Chcąc się uwolnić od rodziców uciekłem do Warszawy. Nie kontaktowałem się z nimi prawie 4 lata, nie jeżdżąc nawet na święta. Do tej pory wszyscy mi to wypominają.

Wtedy już zacząłem pić. Mając problemy ze sobą, z akceptacją siebie i swoich zachowań, zapatrywań oraz z pracą, własną firmą i długami a także ogromną odpowiedzialnością uciekałem w alkohol. Ogromy wpływ na uzależnienie miała również samotność. Chcą o tym wszystkim zapomnieć, piłem coraz więcej. Uciekałem w swój świat. Świat niespełnionych do końca marzeń.

Poznałem Wojtka i w końcu zdecydowałem się na wyjazd do Warszawy. Wtedy on stał się najważniejszą osobą w moim życiu. Stał się moją rodziną. Był jedyną osobą, jaką znałem w Warszawie. Oprócz partnerstwa (?) łączyła nas firma. To z nim i jego rodziną spędzałem każde święta, swoje urodziny itp. Wtedy zaczęły się prawdziwe problemy z alkoholem. Na początku piłem tylko lampki koniaku, małe drinki, aż stopniowo było tego coraz więcej. Pamiętam, że z początku Wojtek nie orientował się w tej sytuacji i o niczym nie wiedział. W pewnym momencie znalazł butelki schowane w szafie z ubraniami. Zaczął mi zadawać pytania na ten temat. Pytania bardzo nie wygodne. Zaczął mnie kontrolować, co bardzo mi przeszkadzało. Zaczął coraz mniej ufać.

Gdy moje picie sięgnęło zenitu, zaczęły się między nami sprzeczki, które stopniowo przeradzały się w awantury. Pamiętam, że kiedyś upiłem się do tego stopnia, że zrobiłem mu awanturę o jego małżeństwo i tego, że spędza mało czasu w firmie. Wyrzuciłem mu, że bierze z firmy za dużo pieniędzy, których tak naprawdę nie było. Były karty kredytowe i pożyczki. Widziałem, jak było mu przykro. Wiążąc się z nim znałem sytuację, wiedziałem o związku i dziecku. Awantura skończyła się pod drzwiami, gdzie stwierdził, że zostawia mnie z tym wszystkim. Byłem pijany i przerażony. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie poradzę sobie sam ze wszystkim. Chyba bardziej, niż to, że zostanę bez niego, bo zawsze mogłem znaleźć kogoś innego. Kiedy on odejdzie, ja będę musiał wrócić do rodziców. A przecież tak wiele tu osiągnąłem. Zdałem sobie sprawę z tego, że duży wkład w to wszystko miał właśnie Wojtek. W momencie, kiedy szybko „trzeźwiałem”, zacząłem błagać go, żeby ode nie odchodził. Że mój dom jest również jego domem. Przecież tylko jego znałem w Warszawie. Sam wtedy też dziwnie się czułem, najpierw robiąc awanturę a później prosząc, żeby został jeszcze w naszym mieszkaniu, nie szedł do swojego drugiego domu i w ogóle został w moim życiu. Pamiętam, że nie raz wspominał tę sytuację podczas kolejnych sprzeczek, awantur. Cały czas miał pretensje, że każę mu wybierać – albo ja, albo tamta rodzina. Czułem się winny. Było mi wstyd, że nie potrafiłem wszystkiego powiedzieć bez alkoholu. Od momentu, jak przestałem pić, uzmysławiam sobie, jak musiał się czuć. Totalnie skołowany, nie wiedział co ma zrobić. Jak mi pomóc? Jak sobie pomóc? Starał się dawać wszystko, co możliwe, dzieląc życie, miłość pomiędzy mnie i swoją rodzinę. A ja? Urządzałem awantury, doprowadzając do trudnych sytuacji. Z perspektywy czasu patrząc zdaję sobie sprawę też z tego, że on sam bał się, że straci dobre źródło kasy, w miejscu gdzie niewiele pracował i oddawał się często własnym przyjemnościom a nie tylko rodzinie. Miał wiele czasu, nie mając wykształcenia i doświadczenia w branży firmy.

Często zdarzało się tak, że zostawałem sam w wynajętym domu. By poprawić sobie humor i nie czuć się samotnym piłem wieczorami. Starałem się poczuć lepiej, zwiększyć swoje poczucie wartości i poprawić swoją kondycję psychiczną. Niestety później przekonałem się, że alkohol tak naprawdę działał na mnie odwrotnie. Czułem się jeszcze bardziej samotny, sam w pustym, wielkim domu. Robiłem wtedy, pod wpływem alkoholu rzeczy, których na trzeźwo nie miałbym odwagi zrobić. Jechałem taksówką, do knajpy, podrywałem kogoś i zapraszałem kogoś do domu. Tak naprawdę nie chciałem być sam. Nie chodziło o seks. Zresztą jak coś zaczynało się dziać, to szybko się kończyło, bo albo zasypiałem albo byłem tak nie przytomny, że nie mogło być żadnego seksu. Wypraszałem tę osobę z domuj, ponieważ zaczynałem rozumieć, że źle się ta znajomość dla mnie skończy. Zresztą czułem i tak, że zaraz mi się urwie film… pisząc o tym teraz, czuję się złość, wstyd, przygnębienie i … sam nie wiem. Patrzę na siebie, jako złego człowieka, który wyrządził wiele krzywdy Wojtkowi i innym.

Do alkoholu doszła amfetamina. Z początku miała dać pewnego rodzaju wyzwolenie w seksie. Zauważyłem, że bardzo rozluźnia i daje wiele możliwości. Starałem się ją wykorzystać w pracy. Rzeczywiście, mogłem kilka dni pracować, biorąc kolejna dawkę amfetaminy, kiedy poprzednia przestawała działać. Jednak pod jej wpływem skupiałem się na jednej rzeczy, próbując ją dopracować do perfekcji, zawalając inne, ważniejsze. Złudzenie dobrego działania… Piłem, ćpałem i wpadałem w depresję, zwidy, „ratując się” dodatkowo lekami.

Wynajmowaliśmy dom. Na piętrze było mieszkanie, na parterze i w piwnicy firma. Kiedyś pod pretekstem pracy, zszedłem na dół i zamiast pracować upiłem się ukrytym w moim biurze koniakiem. Miało to miejsce po jakiejś kolejnej awanturze. Wziąłem dodatkowo prozac. Obudziłem się na schodach między parterem a piwnicą. Nagi. Ponoć wchodząc po schodach, spadłem. Wszyscy widzieli mnie w tym stanie. Wojtek wystraszył się i doprowadziłem go do płaczu i załamania. Przestał sobie radzić z tym wszystkim. Ponownie zrobiłem awanturę, szantażując go, będąc o niego chorobliwie zazdrosny. Wtedy zaczął zastanawiać się nad wszystkim. Czy to ma sens? Podczas tej akcji, Wojtek zadzwonił do znajomej z prośbą o przyjazd i pomoc. Nie mogła. Wtedy dostał wsparcie od księgowych z firmy, które próbowały go uspokoić. Gdy Wojtek już wychodził do domu, obudziłem się, zorientowałem w sytuacji, którą próbowałem ratować. Qrwa! Co ja zrobiłem znowu? Przepraszałem, błagałem o wybaczenie, nie pamiętając wszystkiego do końca. Później zorientowałem się, że jeszcze … Zawstydzony i przerażony starałem się … Obiecałem ograniczyć picie. Jakiś czas wytrzymałem. Wracaliśmy do tamtej sytuacji. Ja czułem się winny, on ciągle powtarzał, że nie wytrzyma dłużej tego.

Kolejną osobą, na którą ogromny wpływ miało moje picie była Matula. Pamiętam, że kiedy się upijałem z Wojtkiem a on robił się agresywny i znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, będąc totalnie nawalonym szybko dzwoniłem do Matuli. Nie zwracałem uwagi na godzinę, żaliłem się, płakałem prosząc o przyjazd następnego dnia. Po kilkuminutowym bełkocie, kiedy starała się mnie uspokoić, powoli trzeźwiejąc wycofywałem się z mojej prośby. Nie chciałem doprowadzić do konfrontacji z Wojtkiem; żeby mnie zobaczyła w takim stanie; nie ograniczyła komfortu picia. Ona cały czas nie podejrzewała wtedy, że piję. Przyjeżdżając widziała moje drżenia, kładąc ich nasilanie się na karb epi. Zapewniałem ją, że nie piję. W końcu Wojtek potwierdził jej podejrzenia i przypuszczenia – tak, piłem, nadużywałem alkoholu. Z początku była tym zaskoczona, tym bardziej, że mieszkając w mieście rodzinnym uchodziłem za przeciwnika alkoholu i narkotyków. Próbowała ze mną rozmawiać na ten temat i siłą zmusić mnie do zejścia na „dobrą” drogę. Niestety, nie zdając sobie sprawy z tego, potrafiłem na nią na tyle manipulować, że wmawiałem jej, że to był sporadyczny przypadek. Przecież to Wojtek próbuje nią manipulować, próbuje wziąć ją na swoją stronę i skłócić nas, prowadząc nawet do tego by mieć całkowity wpływ na naszą firmę. Matula nie radziła sobie z tym, była pierwszy raz w życiu w takiej sytuacji, wierzyła mi. Dopiero później, po latach przyznała się do tego, że zaczęła chodzić przeze mnie do psychologa, a później na terapię dla osób współuzależnionych. Wtedy zaczęła rozumieć problem, z jakim się borykam i zaczęła wiele rzeczy inaczej postrzegać, nie dawała sobą manipulować.

Matula musiała „dopracować” sobie do emerytury. Zatrudniliśmy ją i przyjeżdżała na tydzień w każdym miesiącu, pomagając nam, angażując się w firmie. Robiła większość rzeczy, których nienawidził Wojtek. Niestety, była również świadkiem naszych awantur, mojego, naszego picia. Pamiętam, że któregoś razu Wojtek poszedł spać wcześniej, a ja zostałem z mamą w salonie. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, w tym o piciu. Próbowała mi pokazać, że powinienem się leczyć. Ja jej tłumaczyłem, że mam nad tym kontrolę, panuję na tym. Sam siebie oszukiwałem. Nie potrafiłem się jeszcze wtedy przyznać do tego, że jestem uzależniony. Była to długa i szczera rozmowa. Później poszliśmy do mojej biblioteki i dalej rozmawiając, pracowaliśmy przez pewien czas. Pamiętam do dziś, jak po tym wszystkim, spojrzała na mnie i powiedziała mi, że mnie kocha i wierzy we mnie… i żebym jej obiecał, że już dzisiaj nie wypiję. Tak też zrobiłem – obiecałem. Jednak idąc z biblioteki, zahaczyłem o pokój teściowej. Na półkach jej szafy stały butelki niedawno zrobionego wina. Zatrułem się tym cholernym winem. Upiłem się, upadłem i straciłem przytomność. Matula usłyszała tylko huk. W końcu dostała się do korytarza na piętrze, przeciągnęła mnie do biblioteki. Nie spała całą noc, sprawdzając ciągle, co się ze mną dzieje. Wtedy po raz pierwszy puściło wszystko, co możliwe. Biblioteka była w fatalnym stanie. Wtedy, po rozmowie z Wojtkiem, Matula postawiła ultimatum – masz się leczyć. W końcu przekonany zgodziłem się na terapię, nie do końca dobrowolnie, ale nie miałem wyjścia. Mogła założyć sprawę w sądzie i zmusić mnie do leczenia. Sytuację wykorzystał też Wojtek, chcąc pomóc również sobie, manipulował Matulę, wmawiając jej wiele innych rzeczy, których nie robiłem. Oni ratowali siebie. Ratowali mnie.

Pisząc o tym wszystkim, próbuję wczuć się w sytuację osób, które skrzywdziłem. Nie rozumiem, dlaczego tak postępowałem, będąc kiedyś całkiem inny. Poczucie winy, wstyd, strach, zażenowanie… Trudno opisać mi uczucia.

Wiem, że wiele krzywdy zrobiłem bliskim. Wielu z nich odwróciło się ode mnie a ci, którzy zostali nie ufają mi i trudno będzie to naprawić. Smutek i żal do siebie za to co zrobiłem innym i sobie. Jednocześnie napięcie związane z samym wspomnienie tych sytuacji.

Cała treść jest moją pracą na terapii podstawowej. Poszerzoną o fragmenty, które sobie przypomniałem. Poza tym jej napisanie po raz kolejny jest efektem moich przemyśleń na temat relacji Matula – Syn w poprzedniej notce.

Konkluzja? Nie wiem jaka. Jedyna jaka przychodzi mi do głowy to: „ Nie wracaj do nałogu, bo zabije Cię w końcu. Niszcząc sobie życie, niszczy też innych, zwłaszcza tych, którzy mimo wszystko bardzo Cię kochają. Może bardziej ich niszczysz, bo większość nie rozumie, co zrobiła nie tak w życiu?”.

Życzę wszystkim miłego poniedziałku. Może notka wywoła pewne refleksje? Nie tylko nałóg może wywołać takie emocje…

Nieufny

Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz