23.01.2012

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Dzisiaj rozważania na temat poczucia bezpieczeństwa.
Wiele pytań. Niewiele odpowiedzi, z czego część jest udzielanych bez przekonania.

Zapraszam na nieufny.blog.pl

22.01.2012

INFORMACJA

Przenoszenie stycznia nastąpiło...

Jednak wstrzymuję całą operację. Powód? Przyzwyczaiłem się do tamtego bloga. Jest łatwy w obsłudze. Poza tym łatwy do znalezienia na google. Wiele osób go czyta i chciałbym, żeby tak pozostało.

Nie zlikwiduję tej strony. Może z czasem na niej będę pisał, gdy zmieni się po
raz kolejny moje życie.

Będę natomiast wpisywał w posty tytułu notek publikowanych na nieufny.blog.pl.
Może dzięki temu dotrze więcej osób. Wyciągnie odpowiednie wnioski i spróbuje zrozumieć takiego człowieka, jak ja.

Pozdrawiam i życzę miłego dnia.
Nieufny

WPŁYW PICIA NA RODZINĘ I ŻYCIE PRYWATNE

Moja pierwotna rodzina i moje miejsce w niej

Wychowałem się w domu, gdzie ojciec był milicjantem/policjantem a Matula zwykłym pracownikiem biurowym. Przez pierwsze lata mojego życia, ojca nie było w domu, ponieważ zdobywał wiedzę i doświadczeni związane ze swoim fachem. Niestety niewiele pamiętam z okresu dzieciństwa. Pojawiają się pewne flesze z tamtego okresu - te przyjemne, radosne i dobre oraz nieprzyjemne, smutne i złe. Chyba bardziej utkwiły mi w pamięci te ostatnia. Pamiętam, że jak ojciec zjawiał się w domu i widział jak bawię się lalką, wyrażał swoją dezaprobatę, złość i niechęć. Przecież byłem pierworodnym, a tu … chłopak bawi się wszystkim tylko nie samochodami. W tym czasie istniała dla Matula. Ona była najważniejsza. Ona była blisko. Była opiekunką, gospodynią zajmująca się domem, pracującą kobietą. Odprowadzała mnie do przedszkola a brata do żłobka. Niestety nie należałem do „łatwych” dzieci, co wynikało chyba z mojej nadwrażliwości w porównaniu z rówieśnikami oraz z nagle pojawiającą się epilepsją. Choroba ta w jakiś sposób wpłynęła na moje myślenie, postrzeganie ludzi itd. Poza tym, za każdym razem jak przypomnę sobie chwile związane z epi, ataki jestem przerażony do tej chwili. Zastanawiam się, czy choroba i tamten okres, brak miłości i bliskości ojca nie wpłynęły na moje dalsze, destrukcyjne życie.

W domu rodzinnym byłym najstarszym dzieckiem. Ponoć upragnionym i nie mnie oceniać czy tak było naprawdę. Wpadli i nie chcę analizować tego. Z opowiadań wiem, że moja Matula musiała zrezygnować z dziennego liceum i przejść na wieczorowy tryb nauki. Cóż, wtedy źle było postrzegane, jak młoda kobieta urodziła dziecko, tym bardziej ucząc się w liceum. Wtedy z kilkumiesięcznym dzieciakiem, który bawił się z profesorką (albo ona z nim) zdawała maturę. Raz mi mówiono o tym w sensie pozytywnym – przecież zdała dzięki mnie maturę, innym razem w sensie negatywnym – przez ciebie musiałam zdawać maturę w wieczorowym liceum. Choć więcej było tych pozytywnych reakcji, to jednak te drugie utkwiły mi bardziej w pamięci. Tkwiły i tkwią. Trochę się to zmieniło, kiedy Matula jakieś dwa lata temu skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Studiując podobny kierunek do mojego pomagałem jak tylko mogłem i potrafiłem, nawet na odległość (wtedy mieszkałem jeszcze w Warszawie). Miałem satysfakcję, ponieważ mogłem odwdzięczyć się za jej pomoc w mojej nauce i wyjść z pewnego poczucia winy – zrekompensować jej okres, kiedy przyszedłem na świat i przyczyniłem się do zmiany jej życia. A przecież sam stwarzałem trudności wychowawcze i miałem na początku problemy z nauką. Wtedy ona poświęcała mi każdy wolny czas.

Mogę powiedzieć, że jako dziecko szybko dojrzałem, a nawet „zestarzałem się”. Wpajano mi od dziecka: „Jesteś najstarszy i musisz opiekować się braćmi. To Twój obowiązek.”. Kiedy ojca często nie było, a Matula miała pełne ręce roboty wracając ze szkoły odbierałem Sebastiana z przedszkola a później ze szkoły. Niechętnie wracam do tego okresu, ponieważ młodszy brat był silniejszy (nie tylko fizycznie), wykorzystywał moje słabości, nadwrażliwość. Stałem się dzieckiem bohaterem? I takim pozostałem – odpowiedzialnym, dającym przykład młodszym. Szczerze mówiąc nie lubię wspominać tamtego okresu. Dla ośmiolatka było gehenną odbieranie pięciolatka z przedszkola, który nie liczył się z moim zdaniem, dla którego starszy brat był tylko wzorem, który robił wszystko, byle na złość starszemu bratu. Na nic zdawały się moje prośby, krzyki, straszenie, próby przekupstwa. Robił, co chciał, wiedząc, że i tak nic mu nie zrobię. Rzeczywiście, bałem się, że jak mu wleję to bardziej ja dostanę od ojca. Już wtedy Sebastian był ważniejszy, tym „lepszym” dzieckiem.

Mając wpojone poczucie obowiązku, czułem się odpowiedzialny za Sebastiana, zwłaszcza, kiedy zaczął uczyć się w szkole. Po spędzonym czasie w świetlicy wracaliśmy do domu. Jak to dzieci, zaciekawieni światem robiliśmy różne rzeczy. We mnie tkwił strach – nie wrócimy na czas do domu to będzie awantura, lanie smyczą, krzyk. Sebastian już na samym początku pokazał, na co go stać. Jak się okazało, w nim też górę brał strach. Dostał z czegoś dwóję i bojąc się ojca, chciał się utopić w Rawie. Moje błagania, płacz na nic się nie zdały. Były pożywką do drwin kolegów. Niedawno, rozmawiając o tym z Matulą dowiedziałem się, że Sebastian drwił ze mnie, szantażując mnie, bawiąc się moimi uczuciami. Poza tym okazało się, że mimo mojej odpowiedzialności dostałem lanie smyczą za to, że nie potrafiłem sobie poradzić z młodszym bratem. Ironia losu…

Pamiętam też okres, kiedy miałem 17 lat. Wtedy Sebastian miał 14 lat a Mirek 4 latka. Szybko uciekłem z domu. Po pretekstem nauki w szkole policealnej przeniosłem się do Babci. Oczywiście na początku nie nocowałem codziennie. Nie mogłem. Moi rodzice pracowali od rana do wieczora i ktoś musiał się zająć domem i braćmi. Co dwa dni a później coraz rzadziej przyjeżdżałem i zajmowałem się wszystkim. Kładłem Mirka spać, usypiając go, czytając mu książki albo opowiadając bajki. Niedawno to wspominaliśmy nawet. Nienawidziłem tego wszystkiego, ale kochałem go bardziej niż Sabka i chciałem, żeby miał jak najlepiej w życiu. Jednak szybko się poddałem. Nie ja powinienem wychowywać czterolatka.

Wspominając życie w tamtej rodzinie czuję zażenowanie i złość. Złość, że dałem sobą manipulować i wykorzystywać się, jaki byłem i dlaczego właśnie tak postępowałem. Poza tym, próbowałem sobie przypomnieć, jakie były relacje z moimi rodzicami, przede wszystkim z ojcem. Pamiętam częste awantury, widok nietrzeźwego faceta. Jako dziecko i później nastolatek leżąc i udając śpiącego, słyszałem wszystkie wyzwiska, wzajemnie do siebie rzucane, płacz Matuli. Nie raz płakałem. Nie raz, podczas kłótni krzyczałem, żeby byli cicho, że już nie mogę tego wszystkiego słuchać. Stawałem w obronie Matuli, wysłuchując później jej żalów na temat sytuacji w domu, ojca. Trwa to do dzisiaj. Zależność? Miłość? Toksyczna relacja? Inną sprawą jest ojciec. Nie miałem z nim dobrego kontaktu, choć i dla mnie był w pewnym momencie życia wzorem do naśladowania. Chciałem być do niego podobny. Co do mnie czuł a co ja do niego? Miłość? Zastanawiam się czy brak późniejszy relacji ojciec – syn nie wpłynął na moje dalsze życie? Czy ojciec sam nie miał i nie ma problemu z alkoholem?

Moja nuklearna rodzina i wpływ picia na nią.

Chcąc się uwolnić od rodziców uciekłem do Warszawy. Nie kontaktowałem się z nimi prawie 4 lata, nie jeżdżąc nawet na święta. Do tej pory wszyscy mi to wypominają.

Wtedy już zacząłem pić. Mając problemy ze sobą, z akceptacją siebie i swoich zachowań, zapatrywań oraz z pracą, własną firmą i długami a także ogromną odpowiedzialnością uciekałem w alkohol. Ogromy wpływ na uzależnienie miała również samotność. Chcą o tym wszystkim zapomnieć, piłem coraz więcej. Uciekałem w swój świat. Świat niespełnionych do końca marzeń.

Poznałem Wojtka i w końcu zdecydowałem się na wyjazd do Warszawy. Wtedy on stał się najważniejszą osobą w moim życiu. Stał się moją rodziną. Był jedyną osobą, jaką znałem w Warszawie. Oprócz partnerstwa (?) łączyła nas firma. To z nim i jego rodziną spędzałem każde święta, swoje urodziny itp. Wtedy zaczęły się prawdziwe problemy z alkoholem. Na początku piłem tylko lampki koniaku, małe drinki, aż stopniowo było tego coraz więcej. Pamiętam, że z początku Wojtek nie orientował się w tej sytuacji i o niczym nie wiedział. W pewnym momencie znalazł butelki schowane w szafie z ubraniami. Zaczął mi zadawać pytania na ten temat. Pytania bardzo nie wygodne. Zaczął mnie kontrolować, co bardzo mi przeszkadzało. Zaczął coraz mniej ufać.

Gdy moje picie sięgnęło zenitu, zaczęły się między nami sprzeczki, które stopniowo przeradzały się w awantury. Pamiętam, że kiedyś upiłem się do tego stopnia, że zrobiłem mu awanturę o jego małżeństwo i tego, że spędza mało czasu w firmie. Wyrzuciłem mu, że bierze z firmy za dużo pieniędzy, których tak naprawdę nie było. Były karty kredytowe i pożyczki. Widziałem, jak było mu przykro. Wiążąc się z nim znałem sytuację, wiedziałem o związku i dziecku. Awantura skończyła się pod drzwiami, gdzie stwierdził, że zostawia mnie z tym wszystkim. Byłem pijany i przerażony. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie poradzę sobie sam ze wszystkim. Chyba bardziej, niż to, że zostanę bez niego, bo zawsze mogłem znaleźć kogoś innego. Kiedy on odejdzie, ja będę musiał wrócić do rodziców. A przecież tak wiele tu osiągnąłem. Zdałem sobie sprawę z tego, że duży wkład w to wszystko miał właśnie Wojtek. W momencie, kiedy szybko „trzeźwiałem”, zacząłem błagać go, żeby ode nie odchodził. Że mój dom jest również jego domem. Przecież tylko jego znałem w Warszawie. Sam wtedy też dziwnie się czułem, najpierw robiąc awanturę a później prosząc, żeby został jeszcze w naszym mieszkaniu, nie szedł do swojego drugiego domu i w ogóle został w moim życiu. Pamiętam, że nie raz wspominał tę sytuację podczas kolejnych sprzeczek, awantur. Cały czas miał pretensje, że każę mu wybierać – albo ja, albo tamta rodzina. Czułem się winny. Było mi wstyd, że nie potrafiłem wszystkiego powiedzieć bez alkoholu. Od momentu, jak przestałem pić, uzmysławiam sobie, jak musiał się czuć. Totalnie skołowany, nie wiedział co ma zrobić. Jak mi pomóc? Jak sobie pomóc? Starał się dawać wszystko, co możliwe, dzieląc życie, miłość pomiędzy mnie i swoją rodzinę. A ja? Urządzałem awantury, doprowadzając do trudnych sytuacji. Z perspektywy czasu patrząc zdaję sobie sprawę też z tego, że on sam bał się, że straci dobre źródło kasy, w miejscu gdzie niewiele pracował i oddawał się często własnym przyjemnościom a nie tylko rodzinie. Miał wiele czasu, nie mając wykształcenia i doświadczenia w branży firmy.

Często zdarzało się tak, że zostawałem sam w wynajętym domu. By poprawić sobie humor i nie czuć się samotnym piłem wieczorami. Starałem się poczuć lepiej, zwiększyć swoje poczucie wartości i poprawić swoją kondycję psychiczną. Niestety później przekonałem się, że alkohol tak naprawdę działał na mnie odwrotnie. Czułem się jeszcze bardziej samotny, sam w pustym, wielkim domu. Robiłem wtedy, pod wpływem alkoholu rzeczy, których na trzeźwo nie miałbym odwagi zrobić. Jechałem taksówką, do knajpy, podrywałem kogoś i zapraszałem kogoś do domu. Tak naprawdę nie chciałem być sam. Nie chodziło o seks. Zresztą jak coś zaczynało się dziać, to szybko się kończyło, bo albo zasypiałem albo byłem tak nie przytomny, że nie mogło być żadnego seksu. Wypraszałem tę osobę z domuj, ponieważ zaczynałem rozumieć, że źle się ta znajomość dla mnie skończy. Zresztą czułem i tak, że zaraz mi się urwie film… pisząc o tym teraz, czuję się złość, wstyd, przygnębienie i … sam nie wiem. Patrzę na siebie, jako złego człowieka, który wyrządził wiele krzywdy Wojtkowi i innym.

Do alkoholu doszła amfetamina. Z początku miała dać pewnego rodzaju wyzwolenie w seksie. Zauważyłem, że bardzo rozluźnia i daje wiele możliwości. Starałem się ją wykorzystać w pracy. Rzeczywiście, mogłem kilka dni pracować, biorąc kolejna dawkę amfetaminy, kiedy poprzednia przestawała działać. Jednak pod jej wpływem skupiałem się na jednej rzeczy, próbując ją dopracować do perfekcji, zawalając inne, ważniejsze. Złudzenie dobrego działania… Piłem, ćpałem i wpadałem w depresję, zwidy, „ratując się” dodatkowo lekami.

Wynajmowaliśmy dom. Na piętrze było mieszkanie, na parterze i w piwnicy firma. Kiedyś pod pretekstem pracy, zszedłem na dół i zamiast pracować upiłem się ukrytym w moim biurze koniakiem. Miało to miejsce po jakiejś kolejnej awanturze. Wziąłem dodatkowo prozac. Obudziłem się na schodach między parterem a piwnicą. Nagi. Ponoć wchodząc po schodach, spadłem. Wszyscy widzieli mnie w tym stanie. Wojtek wystraszył się i doprowadziłem go do płaczu i załamania. Przestał sobie radzić z tym wszystkim. Ponownie zrobiłem awanturę, szantażując go, będąc o niego chorobliwie zazdrosny. Wtedy zaczął zastanawiać się nad wszystkim. Czy to ma sens? Podczas tej akcji, Wojtek zadzwonił do znajomej z prośbą o przyjazd i pomoc. Nie mogła. Wtedy dostał wsparcie od księgowych z firmy, które próbowały go uspokoić. Gdy Wojtek już wychodził do domu, obudziłem się, zorientowałem w sytuacji, którą próbowałem ratować. Qrwa! Co ja zrobiłem znowu? Przepraszałem, błagałem o wybaczenie, nie pamiętając wszystkiego do końca. Później zorientowałem się, że jeszcze … Zawstydzony i przerażony starałem się … Obiecałem ograniczyć picie. Jakiś czas wytrzymałem. Wracaliśmy do tamtej sytuacji. Ja czułem się winny, on ciągle powtarzał, że nie wytrzyma dłużej tego.

Kolejną osobą, na którą ogromny wpływ miało moje picie była Matula. Pamiętam, że kiedy się upijałem z Wojtkiem a on robił się agresywny i znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, będąc totalnie nawalonym szybko dzwoniłem do Matuli. Nie zwracałem uwagi na godzinę, żaliłem się, płakałem prosząc o przyjazd następnego dnia. Po kilkuminutowym bełkocie, kiedy starała się mnie uspokoić, powoli trzeźwiejąc wycofywałem się z mojej prośby. Nie chciałem doprowadzić do konfrontacji z Wojtkiem; żeby mnie zobaczyła w takim stanie; nie ograniczyła komfortu picia. Ona cały czas nie podejrzewała wtedy, że piję. Przyjeżdżając widziała moje drżenia, kładąc ich nasilanie się na karb epi. Zapewniałem ją, że nie piję. W końcu Wojtek potwierdził jej podejrzenia i przypuszczenia – tak, piłem, nadużywałem alkoholu. Z początku była tym zaskoczona, tym bardziej, że mieszkając w mieście rodzinnym uchodziłem za przeciwnika alkoholu i narkotyków. Próbowała ze mną rozmawiać na ten temat i siłą zmusić mnie do zejścia na „dobrą” drogę. Niestety, nie zdając sobie sprawy z tego, potrafiłem na nią na tyle manipulować, że wmawiałem jej, że to był sporadyczny przypadek. Przecież to Wojtek próbuje nią manipulować, próbuje wziąć ją na swoją stronę i skłócić nas, prowadząc nawet do tego by mieć całkowity wpływ na naszą firmę. Matula nie radziła sobie z tym, była pierwszy raz w życiu w takiej sytuacji, wierzyła mi. Dopiero później, po latach przyznała się do tego, że zaczęła chodzić przeze mnie do psychologa, a później na terapię dla osób współuzależnionych. Wtedy zaczęła rozumieć problem, z jakim się borykam i zaczęła wiele rzeczy inaczej postrzegać, nie dawała sobą manipulować.

Matula musiała „dopracować” sobie do emerytury. Zatrudniliśmy ją i przyjeżdżała na tydzień w każdym miesiącu, pomagając nam, angażując się w firmie. Robiła większość rzeczy, których nienawidził Wojtek. Niestety, była również świadkiem naszych awantur, mojego, naszego picia. Pamiętam, że któregoś razu Wojtek poszedł spać wcześniej, a ja zostałem z mamą w salonie. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, w tym o piciu. Próbowała mi pokazać, że powinienem się leczyć. Ja jej tłumaczyłem, że mam nad tym kontrolę, panuję na tym. Sam siebie oszukiwałem. Nie potrafiłem się jeszcze wtedy przyznać do tego, że jestem uzależniony. Była to długa i szczera rozmowa. Później poszliśmy do mojej biblioteki i dalej rozmawiając, pracowaliśmy przez pewien czas. Pamiętam do dziś, jak po tym wszystkim, spojrzała na mnie i powiedziała mi, że mnie kocha i wierzy we mnie… i żebym jej obiecał, że już dzisiaj nie wypiję. Tak też zrobiłem – obiecałem. Jednak idąc z biblioteki, zahaczyłem o pokój teściowej. Na półkach jej szafy stały butelki niedawno zrobionego wina. Zatrułem się tym cholernym winem. Upiłem się, upadłem i straciłem przytomność. Matula usłyszała tylko huk. W końcu dostała się do korytarza na piętrze, przeciągnęła mnie do biblioteki. Nie spała całą noc, sprawdzając ciągle, co się ze mną dzieje. Wtedy po raz pierwszy puściło wszystko, co możliwe. Biblioteka była w fatalnym stanie. Wtedy, po rozmowie z Wojtkiem, Matula postawiła ultimatum – masz się leczyć. W końcu przekonany zgodziłem się na terapię, nie do końca dobrowolnie, ale nie miałem wyjścia. Mogła założyć sprawę w sądzie i zmusić mnie do leczenia. Sytuację wykorzystał też Wojtek, chcąc pomóc również sobie, manipulował Matulę, wmawiając jej wiele innych rzeczy, których nie robiłem. Oni ratowali siebie. Ratowali mnie.

Pisząc o tym wszystkim, próbuję wczuć się w sytuację osób, które skrzywdziłem. Nie rozumiem, dlaczego tak postępowałem, będąc kiedyś całkiem inny. Poczucie winy, wstyd, strach, zażenowanie… Trudno opisać mi uczucia.

Wiem, że wiele krzywdy zrobiłem bliskim. Wielu z nich odwróciło się ode mnie a ci, którzy zostali nie ufają mi i trudno będzie to naprawić. Smutek i żal do siebie za to co zrobiłem innym i sobie. Jednocześnie napięcie związane z samym wspomnienie tych sytuacji.

Cała treść jest moją pracą na terapii podstawowej. Poszerzoną o fragmenty, które sobie przypomniałem. Poza tym jej napisanie po raz kolejny jest efektem moich przemyśleń na temat relacji Matula – Syn w poprzedniej notce.

Konkluzja? Nie wiem jaka. Jedyna jaka przychodzi mi do głowy to: „ Nie wracaj do nałogu, bo zabije Cię w końcu. Niszcząc sobie życie, niszczy też innych, zwłaszcza tych, którzy mimo wszystko bardzo Cię kochają. Może bardziej ich niszczysz, bo większość nie rozumie, co zrobiła nie tak w życiu?”.

Życzę wszystkim miłego poniedziałku. Może notka wywoła pewne refleksje? Nie tylko nałóg może wywołać takie emocje…

Nieufny

Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.


RELACJA MATKA-SYN 20-21/01/2012

Nie pamiętam dokładnie zdarzeń z ostatniego tygodnia. Zresztą i tak nie zdołałbym o wszystkim napisać. Sprawy, które powinny być dla mnie istotne, zaczynają być błahe i odwrotnie… trochę się tej sytuacji boję. A może to efekt trzeźwienia, dojrzewania, przebudzenia? Sam nie wiem.

Tęsknię za Panem B.. Miałem dziś już pojechać, ale przedłużyła się wizyta u lekarza, dopadła mnie grypa jelitowa i wkurwiła po raz kolejny rodzina.

Za każdym razem, wyjeżdżając od Matuli czuję się wypalony, zdeptany psychicznie. Dochodzę do siebie kolejne dwa, trzy dni i wszystko odbija się na relacjach z Panem B.. Cały czas nie potrafię być na tyle silny, żeby powiedzieć wprost o swoich uczuciach w związku z konkretną sytuacją. Tłamszę to w sobie, co prowadzi do powiększenia się balonu i … boję się, że kiedyś pęknie. A znając siebie, wiem, że będzie to eksplozja, która może wiele zmienić. Słucham, słucham i dla świętego spokoju milczę, wychodząc z założenia „mój spokój – twoja racja” (sposób Wojtka).

W imię czego? Dlaczego się tak ciągle męczę? Po tych wszystkich dziwnych rozmowach, a może bardziej przyjętych, przyswojonych tekstach moje poczucie wartości spada poniżej zera, poczucie winy wbija mnie w głąb ziemi… To jest chore!

Przychodzi mi do głowy rozwiązanie: kolejna ucieczka przed rodziną albo … szczere wypowiedzenie swoich uczuć. Już uciekałem, więc to odpada. A szczerość w tym przypadku bardziej mi zaszkodzi niż pomoże. Muszę liczyć się z jej konsekwencją - wylądowaniem na bruku.

No i w tym momencie ogarnia mnie strach. Co wtedy? Co dalej? Z drugiej strony może byłby to sposób, że szybciej stanąłbym na nogi? Chyba jednak nie mam tyle odwagi, żeby próbować. Wystarczy mi kilkumiesięczne życie w parku, na ulicy… Niestety, cały czas jestem uzależnionych od starych. Próbuję to zmienić, ale nie jest to wcale łatwe. Poza tym, jeśli całkowicie wyjdę z domu, tym razem nie będę miał już możliwości powrotu. A nie daj bóg popłynąłbym z wódką…

Szanuję ludzi, zwłaszcza moją Matulę. Pytanie czy to uczucie jest prawdziwe, czy wymuszone przez kulturę, przykazania lub wpojone w dzieciństwie zachowanie? To kolejny, ciekawy temat do omówienie, przeanalizowania.

W miarę trzeźwienia, dojrzewania na nowo staram się mówić wprost o swoich uczuciach. Stosuję również tę zasadę w stosunku do Matuli. Czy coś to zmieniło? A gdzie tam! Jest jeszcze gorzej niż było. Potrafi po raz kolejny wykrzyczeć mi, że jestem tu - u nich z powrotem dzięki niej; to ona postawiła mnie na nogi; to ona jeździła do szpitala; to ona płaci za leki itd… i dlatego - mam milczeć i robić, co ona chce.

Być może mówi to w złości i później żałuję, niemniej jednak słowa padają.

Popatrzyłem i po raz kolejny, jak mantrę powtórzyłem: „Przeprosiłem Cię wiele razy. Dziękowałem również wiele razy. To, po co do tego wracasz?”. Jaka była odpowiedź: „Bo chcę, Ja wszystko mogę a Ty nie jesteś u siebie”.

Qrwa! Niech to szlag!

*Przy okazji - gdzie jest mój dom? Gdzie mam swoje miejsce? W życiu zrozumiałem, że nie należy przywiązywać się do ludzi i rzeczy, ale chciałbym się czasami czuć, jak u siebie, bezpieczny. Jakąś namiastkę tego dostaję od Pana B., ale poprzednie związki, zwłaszcza z Wojtkiem nauczyły mnie: „Uważaj! Nawet, gdy ktoś mówi: czuj się, ja u siebie; to też twój dom, musisz brać na to poprawkę. Nie przyzwyczajaj się…”.

Uczą mnie, żeby być szczerym, mówić o uczuciach, rozmawiać i być asertywnym. Taaa! Łatwo mówić… Przekonuję się często, że szczerość robi więcej mi krzywdy. Tym bardziej asertywność.

ROZMOWA! Czy naprawdę trudno jest rozmawiać? Wystarczy chcieć! Nawet w emocjach, za które zawsze można przeprosić. Po co robić „focha” i …?

Obawiam się, że moje relacje z Matulą nie są do końca prawidłowe.

Jako nastolatek miałem potrzebę rozmowy, dzielenia się swoimi radościami i smutkami, codziennym życiem. Niestety, nie miałem przyjaciół. Koledzy unikali kontaktu, bo bardziej lgnąłem do towarzystwa dziewczyn a takie zachowanie drażniło również dziewczyny (z czasem się to zmieniło). Cóż, pozostała najbliższa osoba. Stała się nią Matula… Z upływem czasu sama zaczęła zadawać pytania. Niechętnie odpowiadałem na wszystkie, tym bardziej rozjuszony tekstem: „Ty ze mną już nie rozmawiasz… itd.”, który powodował u mnie wyrzuty sumienia. Odpowiadałem, choć nie miałem ochoty na zwierzenia. Zresztą, w liceum, kiedy wpadłem na pomysł „coming out-u”, otaczałem się kobietami i miałem z kim rozmawiać. Dziwne zachowanie, wypracowane w ramach wychowania – jesteś dzieckiem, mów wszystko rodzicom a oni Ci doradzą, zrozumieją i pomogą. Zero prywatności. Tak było u mnie w domu we wczesnych latach.

W końcu wyprowadziłem się. Najpierw do Babci, pod pretekstem dobrych dojazdów do szkoły. Później do Warszawy w związku z pracą i Wojtkiem, o którym dowiedzieli się jakiś czas później. Wtedy trochę odetchnąłem. Zresztą moje stosunki z rodziną nie były nawet poprawne.

W pewnym okresie życia pozwoliłem, by relacja Matka – Syn stały się relacjami przyjacielskimi, jeszcze bardziej niż w czasach licealnych. Choć życie kręciło się tylko wokół Wojtka, nie mając znajomych musiałem i chciałem z kimś rozmawiać. Niestety alkohol też zrobił swoje. Wywołując depresję czułem się samotny i miałem jeszcze większą potrzebę zwierzania się. No i … Ona wiedziała o mnie wszystko, ja o niej niewiele mniej, ale… ja mojej wiedzy nie wykorzystuję, a ona tak. Z troski? Czy może z wyrachowania lub innego powodu? Ile razy słyszałem, że powinienem odciąć pępowinę i żyć swoim życiem? Tak, prawda, powinienem tak zrobić, ale życie potoczyło się tak a nie inaczej.

Popełniłem błąd. Pozwoliłem, by Matula była dla mnie przyjaciółką. Wtedy nie wstydziłem się tego. Byłem wręcz dumny, że mam młodą Matulę a relacje z nią są rewelacyjne, czego zazdrościli mi inni, mimo, że nie rozumieli do końca sytuacji i mojego podejścia, ostrzegali mnie przed konsekwencjami takiego zachowania i wręcz byli zażenowani takim zachowaniem Niestety teraz mam problem z wycofaniem się z takiej reacji, mimo kilkakrotnych rozmów bez emocji, tłumaczenia, wyjaśniania, często w ramach zaleceń terapeutycznych. Łatwiej mi już powiedzieć: „Nie pytaj, bo nie odpowiem Ci. To moja sprawa. Itp”, ale przeżywanie jej zachowania, „fochów”, komentarzy, złośliwości przerasta mnie cały czas. Wiem, usłyszę: „Nie przejmuj się. Nabierz dystansu.”. Problem w tym, że nie chcę jej zranić. Chyba to również efekt stereotypu wychowawczego – szanuj matkę bez względu na cokolwiek. No i … żniwo zbieram…

Dwa miesiące temu, z polecenia znajomego dostałem zlecenie. Wykonanie wiązało się z dobrą kasą, której w tej wysokości dawno nie widziałem. Na samym początku ustaliłem z Matulą, że dzielimy się po połowie, przy założeniu, że oboje pracujemy i dzielimy się pracą. Logiczne i uczciwe podejście do sprawy. Wszystko robiła, żeby nie zająć się pracą związaną ze zleceniem. Tłumaczyła się złym samopoczuciem, tym, że przejęła po mnie część obowiązków u pozostałych, zresztą własnych klientów. Ciągle jakaś wymówka. Miałem ustalony harmonogram wykonania zlecenia, którego starałem się trzymać. W środę usłyszałem: „Zrób w końcu te papiery, bo kasa jest mi potrzebna”. Przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i milczałem, choć w środku aż we mnie wrzało. Oczywiście, z własnej, nieprzymuszonej woli skończyłem zlecenie. Przekazywanie analiz następowało regularnie, na końcu omówiłem wszystko i … dostałem kasę. Podzieliłem się kasą, tłumacząc sobie, że dołożyłem się do leków. Mimo to było mi przykro. Przedstawiałem argumenty, że nie powinno tak być, ale w końcu poddałem się. Czułem żal, niesmak, zdenerwowanie… Po raz kolejny pozwoliłem na coś podobnego. Czuję się zwyczajnie oszukany. Rozumiem, że każdemu pieniądze są potrzebne, ale to był mój pierwszy większy zarobek od 2009 roku. Mimo wszystko mam ogromną satysfakcję, czuję zadowolenie z wykonanej pracy. Warto było nie tylko ze względu na pieniądze, ale widoku zadowolonej kobiety. Poza tym po raz pierwszy od dłuższego czasu dostrzegłem małą iskierkę wiary w siebie, swoją wiedzę.

W środę widziałem się z bratową Olą. Coś dziwnie wyglądała. Uśmiechnięta, radosna i … miała większy brzuch. Domyśliłem się, że jest w ciąży. Nie pytałem. W końcu powiedziała. Ucieszyłem się. Zaplanowali z Mirkiem ciążę i szanuję ich decyzję. A moja Matula? Hm… ona nie. Z większością jej argumentów zgadzałem się, ale to sprawa brata i bratowej i nic nikomu do tego. Powiedziałem w końcu: „Tak naprawdę nie rozumiem Twojego podejścia. Przynajmniej uszanuj ich decyzję. Są dorośli i według mnie odpowiedzialni. Mają do spłacania kredyt na niedawno kupione mieszkanie. Mirek ma córkę i pasierba. Nie mnie oceniać czy teraz są lepsze czasy na wychowanie dzieci. Z pewnością inne. Czy Ty zawsze musisz być przykra w takich sytuacjach i krytykować własne dzieci? Wtrącasz się prawie we wszystko. Nie nauczyłaś się na moi przykładzie, że takie zachowanie powoduje odrzucenie? Chcesz stracić na jakiś czas kolejnego syna?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Głupi jesteś. Oni nie dadzą rady, a ja im nie pomogę i po moim trupie pozwolę pomóc ojcu.”. Tak. I tak pomogą, zwłaszcza ojciec. On dla dwóch synów i ich dzieci – swoich wnuków zrobi wszystko, co możliwe. Nie za bardzo rozumiem jej podejścia. Nawet, jeśli jej argumenty są rozsądne i z częścią się zgadzam, to przecież ona też decydowała się na dzieci a akurat Mirek był zaplanowanym potomkiem. I tak wyglądają ostatnio rozmowy z moją Matulą.

Przy okazji Matula dała mi odczuć po raz kolejny, że nic jej nie mówię. Powiedziałem, że nie chcę i nie muszę. Foch trwał do mojego wyjazdu w piątek. Wtedy jej złość sięgnęła zenitu. Całą frustrację związaną z ojcem przelała na mnie. Zwracając uwagę nawet pomyliła imiona, krzycząc wypowiedziała imię ojca. Tylko popatrzyłem i powiedziałem: „Widzisz. Masz problem. Przestań na mnie wyżywać się. Albo się ogarnij i porozmawiaj z ojcem, albo po prostu daj mi spokój. Mam już dosyć takich sytuacji. Nie przychodź do mnie na żalenie się. Idź do swoich dwóch innych synów i synowych. Ja mam już dosyć.”. Trzaskając drzwiami i informując, że będę w kolejną środę, wyszedłem…

Szczerze mówiąc jestem zmęczony takimi sytuacjami.

Dziś wiem, że nie pozwoliłbym sobie na takie zbliżenie – „spoufalenie” z rodzicem – Matulą. Matka powinna pozostać Matką. Powinna być wsparciem i powinna być wspierana w trudnych chwilach. Im mniej wie o problemach, moim życiu, tym lepiej. Przynajmniej nie wykorzysta informacji w rozmowach, kłótniach. Przyjmijmy, że rozumiem słowo miłość, szacunek. Kocham i szanuję Matulę, ale nie pozwolę jej na wtrącanie się w moje życie. I wszystko robię, żeby moje relacje z nią uległy zmianie. Żeby znowu stały się zdrowe.

Według mnie nie powinno przekraczać stałej granicy. Matka powinna pozostać Matką, a Syn – Synem. I basta! Im mniej wiedzą o sobie, tym lepiej. Jeśli dalej się posunie te relacje mogą szkodzić obu stronom.

Inną sprawą jest „narzekanie” na Matulę.

Odkąd pamiętam ciągle powtarzałem z Sabkiem „Nie będę taki, jak ojciec i Matula…”. I co? Sabek jest podobny do ojca, ja do Matuli a Mirek stanowi mieszankę wybuchową. To widać, słychać i czuć – jak w piosence. Jestem świadomy swojego podobieństwa do Matuli i dlatego staram się ją zrozumieć i jednocześnie nie powielać jej błędów. Mam to szczęście (?), że nie mam własnych dzieci. Dzięki temu kolejne pokolenie uniknie tego, czego ja doświadczyłem. Współczuję moim bratankom i bratanicą, ponieważ widzę zachowanie braci i „męczenie się” dzieciaków. Ich frustracja przeradza się czasami w niechęć w kontaktach z rodzicami. Tak było również ze mną i braćmi. Najważniejsze jest porozmawiać o swoich „żalach”, pretensjach, bo życie z takim ciężarem rodzi kolejne problemy we własnym życiu. Poza tym ciągłe okazywanie wdzięczności też nie jest zdrowe. Często bywa wymuszone. Próbuję to zrobić, ale chyba jeszcze nie do końca osiągnąłem swój cel. Cel, który choć w małej części pozwoliłby mi na osiągnięcie harmonii w życiu.

Notka miała być ciekawa, a mam wrażenie… Myślę, że do tematu jeszcze wrócę za jakiś czas.

Dziękuję wszystkim za oddanie głosu na blog.

Do każdej notki będzie stały „ps”. Niestety blog pisany jest w starym systemie i nie mam przesyłanych informacji o dodanych komentarzach do starych notek. Coraz bardziej niosę się z zamiarem przeniesienia bloga na blogspot.pl, ale szkoda mi utracić komentarzy, których nie da się przenieść. Zresztą przenoszenie potrwa, a jestem laikiem w tej kwestii. Blog o tej samej nazwie już założyłem.

Miłego weekendu

Nieufny

Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.

Ps. notkę zacząłem pisać w czwartek i skończyłem dopiero dzisiaj :(


19.01.2012

AMBICJA I BRAK KONSEKWENCJI 17-19/01/2012

W horoskopie napisali: „Nie bądź zbyt ambitny i nie bierz na siebie zbyt wiele..”. Czy coś w tym stylu…

Rzeczywiście, tym razem moje możliwości przerosły ambicje i plany. Nie zdołała wszystkiego zrobić. Czuję złość z powodu braku konsekwencji przede wszystkim w związku z pisaniem kolejnych notek. Niestety zwyciężyli lekarze, badania, w końcu wykonane zlecenie i moja rodzina, zwłaszcza mama.

Tak, plany – planami, ale z ich realizacją różnie bywa…

A w sumie wiele się wydarzyło... mam o czym pisać. Muszę się jakoś ogarnąć.

Obiecałem sobie, że napiszę notkę o relacjach matka – syn. Zacząłem i nie mogę skończyć. Również z powodu braku weny twórczej. Zresztą nie wszystko poukładałem sobie w głowie w tej kwestii i przez to nie potrafię przelać tego na papier.

Dziś kolejne badania, wizyta u lekarza, ustalenia terminów kolejnych badań i … wreszcie powrót do Pana B.. Odetchnę i będę miał trochę spokoju, by skupić się na sobie…

Nieufny

ps. dziś ostatni dzień głosowania...


17.01.2012

DRŻENIA SAMOISTNE 15-16/01/2012

Kolejna wizyta w SPA. Kilku lekarzy w rejestracji… „Ty, patrz, to znowu on! Coś boli? E! Kwitnąco Pan wygląda…” usłyszałem. Wszyscy się roześmiali, włącznie ze mną. Rzeczywiście przez ostatni tydzień bywałem w SPA prawie codziennie. Tym razem w grafiku był neurolog. Epi – kolejne moje przekleństwo. Do dziś jest dla mnie traumą. Samo wspomnienie ataków przeżywanych przez ośmiolatka napawa mnie strachem. Dlatego, wiedząc o czyimś epi i widząc atak, mimo, że jestem trzeźwy na umyśle i wiem, co robić, to po wszystkim nie mogę szybko dojść do siebie. Nikomu nie życzę tej choroby. Choć i z nią można się oswoić i życie już teraz stało się inne dzięki lekom, to i tak bywa ciężko.

W czasie wizyty w końcu wymusiłem na lekarce skierowanie na EEG. Nie mam przecież od 1978 roku ataków i męczy mnie branie leków. Chciałbym od tego odpocząć. Muszę gdzieś iść jeszcze na konsultację do innego neurologa.

Właśnie przeczytałem zaświadczenie, które na moją prośbę wypisała, żebym złożył do ZUS i … napisała „ Drżenia samoistne na pewno nie ustąpią”. No, ładnie. Będę się męczył z tym kurestwem. Zdenerwowanie, podniecenie i kilka różnych, innych czynników przyczynia się do tego, że drżenie lewej ręki nie jest do opanowania. Przyzwyczaiłem się do drżenia rąk, głowy, ciała, staram się wręcz je opanować. Niestety, niektórzy zauważają to i różnie reagują. Czasami krzykiem, wyzwiskami i ostrymi komentarzami. Jestem już w słusznym wieku i staram się nie reagować lub odwrotnie – rzucać ostrą, konkretną ripostę, ale … żal mi młodych ludzi. Wiem, co muszą przeżywać, kiedy nagle dostają ataku, a ludzie nawet nie chcą lub nie wiedzą jak pomóc. Kolejna choroba, o której powinno się mówić… eh

Dziś o 4 rano wyszedłem z psem. Wow… Skrzypiący śnieg pod nogami, prószący śnieg, cisza, spokój... Jedynie od czasu do czasu przejeżdżające jakieś auto lub autobus i ludzie (dozorcy) odśnieżający chodniki, po czym rzucający piasek, jakby siali zboże. Ale to miasto. Brakuje mi tego spokoju w ciągu dnia. Inaczej jest na wsi… oj, pamiętam… dom, choinki, lasy na około, jelenie za płotem, dziki próbujące przekopać się pod siatką i psy i koty zachwycające się śniegiem…

Się romantycznie zrobiło. :) Na chwilę zapomniałem o problemach… a miałem napisać o relacji matka – syn… bo, moja Matula zaczęła znów przeginać... oj, za mocno. Szykuję się na aferę, którą tym razem sam wywołam... o relacjach może dziś wieczorem lub jutro rano.

Nieufny

ps. może jeszcze ktoś zagłosuje? :)


15.01.2012

WPŁYW PICIA NA ZDROWIE

Piłem… Mówiłem „konserwuję się od środka”. No, tak… wtedy, kiedy piłem, nic nie czułem. Przestawałem – zaczynałem chorować. No i … znowu piłem.

Ćpanie? Nie wiem, chyba dawało uczyło mnie odwagi, pewności siebie. Pozorne? Być może, ale śmiało powiem, że jednak czegoś dzięki ćpaniu się nauczyłem. Będąc na „zjeździe” miewałem wizje, omamy i … znowu ćpałem dla równowagi.

Wszystko pozorne. Dopiero później to zrozumiałem. Dopiero po odstawieniu wyszło, jak zgubne były używki. Wiedząc, że nałogi są zgubne i mogą mnie uśmiercić, przestraszyłem się, gdy rzeczywiście prawie mnie zabiły.

Czy rzeczywiście od początku nałogi źle nie wpływały na moje zdrowie? Tak, oczywiście, ale pijąc i ćpając miałem to gdzieś. Chodziło, żeby sobie ulżyć i zapomnieć o wszystkim, wejść w swój świat.

Być może, piszą kolejne „12 kroków” powtórzę już opisane sytuacje, ale…

Zawsze szukałem okazji do picia. Mając dom, pieniądze byłem „kimś”. Cóż, prawdę mówiąc – sponsorem. Nikim więcej. Razem z Wojtkiem organizowaliśmy weekendowe balangi. Raz kupiliśmy 2 litry wódki. Uuuu … działo się, aż za wiele. Wypiłem a właściwie upiłem się. Osiągnąłem dno – urwał mi się film… Po weekendzie pojechałem do firmy. Dopiero po dwunastej. Obowiązki bardziej mnie męczyły, nie byłem w stanie nic robić. Wzmagało się pocenie, drżenie, zacząłem wręcz sinieć. W biurze panika a ja przestraszony odkładałem wyjście do lekarza. W końcu osuwając się, poszedłem do pobliskiej kliniki. Lekarz stwierdził, że mam zawał. Ciśnienie wysokie, bliskie 220/180, puls jak pędzące stado koni… Zamglone oczy, ciemne plamy, coraz częściej pojawiające się. W końcu zmuszony zostałem do pójścia na ich dzienny oddział, prywatną salę. Podpięty pod kroplówkę odpowiadałem na pytania lekarza: „Tylko trzy drinki wypiłem w weekend, nic więcej”. Akurat! Co najmniej litr wódki a później Wojtek przypomniał mi, że dobiłem się extasy w ramach „lepszego” seksu… Przysłano psychologa, psychiatrę. Oni mówili a ja nie słuchałem. Myślałem: :”Co ja Qrwa robię? Zabijam się przecież.” Panikowałem tym bardziej widząc kapiący jakiś płyn w kroplówce. Chciałem, żeby przestali gadać „głupoty”, bo ja nie mam problemu z niczym. Chciałem uciec, zostać sam. Poczułem się niezrozumiały, samotny, odrzucony, przygnębiony. W czasie trzeźwienia, również dzięki kroplówce, wpadałem w coraz większy dół. Dali mi jakieś leki, chyba relanium, każąc pojechać do domu, odpocząć. Dobiła mnie wizyta Wojtka, którym został powiadomiony przez sekretarkę. Wszedł i powiedział: „Wreszcie się doigrałeś. Masz za swoje!". Wtedy lekarze po raz pierwszy powiedzieli, że mam nadciśnienie. Przepisali leki i kazali pójść do lekarza prowadzącego i ustawić dalsze leczenie. Przepisując leki usłyszałem: „Proszę nie pić. Nie może Pan pić biorąc te leki”. Hahaha… Później leki popijam drinkami. Idiota! To słabo powiedziane. Poza tym, wiedziałem, że w mojej rodzinie są osoby z nadciśnieniem. Niektórzy byli po zawałach, innych zabił wylew… Wiedziałem i … piłem. Swoim piciem przyspieszyłem swoje nadciśnienie, które leczę już od 26 roku życia. Alkohol swoje zrobił…

W miarę większej tolerancji na alkohol, pijąc go jeszcze więcej, zaczęły pojawiać się problemy z koncentracją. Wcześniej zasmakowałem amfetaminy, która dawała luz i burzyła bariery związane z seksem. Sprytnie… Zauważyłem, że nie chcą odczuwać za mocno „puszczania” wódki (nie mówiłem, że mam kaca… miałem mocną głowę wrrr) należy ratować się amfetaminą. I na odwrót, nie chcą odczuwać zejścia amfy należy wypić kilka drinków. No i … pojawiło się uzależnienie mieszane. Prócz tych używek, przepisane leki na uspokojenie, nasenne i relanium były podstawą każdego dnia. Nie chciałem się męczyć i waliłem w siebie wszystko, co możliwe. Później po relanium piłem… Qrwa! Tragedia! Bawiłem się dobrze…

Zaczęły się bóle brzucha, problemy z jedzeniem. Pojechałem na Banacha, do jakiegoś dobrego profesora. Nie pytał o nic, przepisując na końcu Campral i relanium, bym przestał pić. Oczywiście zrobił gastroskopię i usg. Qrwa! Wrzody na żołądku i dwunastnicy, powiększona wątroba, ogromne odtłuszczenie wszystkich organów wewnętrznych. Czy te informacje coś zmieniły? Wtedy tylko na chwilę. Wytrzymałem jakieś 1.5 miesiąca, żyjąc w strachu wprowadzonym przez profesora. I … dalej piłem. Po badaniach, rozmowie z profesorem, straszeniem i przepisaniu Campralu wierzyłem, że się uda. Zrozumiałem, że jest mi potrzebna pomoc. Jednak w miarę odczuwanych objawów odstawiania alkoholu, nie wytrzymałem. Qrwa! Wolałem pić, niż przechodzić to wszystko. No i znowu… piłem. Byłem rozczarowany, że Campral i relanium nic nie dały. Złościłem się bardziej na innych niż na siebie, obwiniając wszystkim moją sytuacją. Gorycz, rozpacz… niemy krzyk – wołanie o pomoc w myślach, nie potrafiąc i nie chcąc do końca poprosić o pomoc. Uważałem, że wszyscy powinni zauważyć, co się dzieje i sami powinni pomóc…

Po rozstaniu z Wojtkiem nie mogłem się odnaleźć w nowej sytuacji. Zacząłem więcej pić i ćpać, zawalając wiele obowiązków, próbując obciążyć nimi współpracowników. Zdołowanie i osamotnienie stawało się większe, pogłębiały się jeszcze bardziej po zażyciu używek. Myślałem o samobójstwie chodząc godzinami po mieście pod wpływem amfetaminy, zatrzymując się na moście łazienkowskim, wpatrując się we wszystko co poniżej. Całą złość i potrzebę bycia z kimś, miłości przeniosłem na seks. Nie ważne, z kim, gdzie i jak. Bawiłem się jeszcze bardziej po zażyciu amfetaminy. Zwyczajnie tęskniłem za Wojtkiem, za tym, co było. Chciałem zacząć jeszcze raz spróbować… wybaczyć… Nie potrafiłem podjąć żadnej rozsądnej decyzji, nie mówiąc o proszeniu o pomoc. Nie liczyłem się z konsekwencjami. Wtedy pojawił się Krzysztof. Jednak nie byłem zdolny do nowej miłości, do związku, tęskniąc za poprzednim. Zawaliłem nawet to, zniszczyłem, oszukując go na każdym kroku.

Dzięki badaniom, jakie zrobiliśmy dowiedziałem się o HIV. Konsultacje z lekarzem zakaźnikiem i psychiatrą nic nie pomogły. Miałem przecież więcej szczęścia niż inni. Tylko – „czysty” HIV, bez innych dodatków. Tak… po miesiącach „niezdrowego” prowadzenia się wpadła w odwiedziny kiła. Z tego powodu wylądowałem na Wolskiej, leczony kilka dni penicylyną, kłuty kilka razy dziennie i sączący kroplówkę. No i… wtedy okazało się, że oprócz nadciśnienia mam jeszcze cukrzycę, wtedy tą lżejszą, z możliwością leczenia lekami. Leżąc w szpitalu miałem okazję wypić. Oddziały te słyną z picia wódki i ćpania. Pamiętam, że upiłem się tak, że doprowadzono mnie do łóżka i znajomi pilnowali, żebym spał, nie wydając siebie i innych przed lekarzami. Później już nie piłem. Po wyjściu ze szpitala udało mi się wytrwać kilka tygodni. Tak, znowu piłem… wtedy odporność z miesiąca na miesiąc szybko spadała…

Udało mi się znaleźć pracę. Powinienem dbać o to, co zyskałem, o kolejną szansę. Jednak nie potrafiłem. Szukając okazji, piłem nawet w pracy. Tłumaczyłem się dużym stresem, ilością spędzanych tam godzin… Próbuję odzyskać do siebie szacunek. Jak można tak było robić? Pic podczas pracy. Nie ważne, że z szefem. Okazja, każda, jak inna a ta była najlepsza. Miałem wytłumaczenie – szef zaproponował. Doszło do momentu, kiedy piłem cały dzień. Rano klin, w pracy dwa kieliszki przy kawie, po powrocie do domu butelka wódki. Jadłem tylko winogrona i śledzie w śmietanie… Tak, odpowiednie pożywienie … Piłem, nawet popijając brane leki. Znajomi mówili: „Qrwa! Opamiętaj się! Po co bierzesz leki na obniżenie ciśnienia, kiedy i tak podwyższasz je z powrotem wódką?”. W końcu doprowadziłem do tego, że zacząłem mieć odruchy wymiotne. Paliłem – chciałem rzygać, piłem – chciałem rzygać, kaszlałem – chciałem rzygać… Ale dalej piłem. To było silniejsze. W któryś weekend przyjechała Matula. Trzeźwy odebrałem ją na dworcu. „Synu. Ugotuję rosół. Na pewno Ci pomoże” – usłyszałem. Problem w tym, że nie chciałem i nie mogłem nic jeść. Zmuszony wypiłem rosół i … tu się zaczęło. Wizyta u lekarza, który przestraszył się, że mam skręt kiszek. Wylądowałem w szpitalu na Bielańskim z pierwszym atakiem trzustki. Qrwa! Ból, na który nie pomagały żadne leki przeciwbólowe. I tak odstawiono mnie na bok, zmuszając do spania na izbie przyjęć przez dwa dni, gdy dowiedzieli się, że jestem seropozytywny. Leżałem kilka dni pod kroplówką. Chciałem pić wodę, coś zjeść – nie mogłem. Męczarnia, choć ból mniejszy. Psychika mi siadała. Obawiałem się, że stracę pracę, dzięki której jakoś żyłem. Lekarz wręczając wypis powiedział: „Zero alkoholu. Ścisła dieta. I powodzenie i do nie zobaczenia mam nadzieję”. Patrząc na niego miałem wrażenie, że drwił ze mnie. Kolejny facet, który i tak znowu wyląduje w szpitalu. Wytrzymałem miesiąc a później… powrót do tego pieprzonego bagna. Piłem więcej, w samotności, do lustra. Życie opierało się na praca, dom… nawet nie musiałem nigdzie chodzić. Nie chciałem imprezować. Po co? Żeby gadali bez sensu i psuli mi komfort picia?

W 2008 roku pojechałem do rodziców na święta. Zwolnili mnie, bo sprzedali firmę. Jeszcze w pociągu piłem wódkę i wmawiałem im, że nie piję od października. Po raz kolejny, w święta dostałem ataku OZT. Wylądowałem w miejskim szpitalu, leżąc w nim jakieś dwa tygodnie. Wtedy już byłem wychudzony. Ważyłem 55 kilogramów. Szkielet… Ostatecznie zostałem u rodziców, przed czym broniłem się jak nigdy. Powrót oznaczał totalny upadek, przyznanie się do porażki. Kolejne ataki. Byłem zrozpaczony. Przecież ostrzegano mnie, co może zrobić ze mnie picie. Niewielu wiedziało o amfetaminie. Zresztą przestałem ją brać chyba w 2005 roku.

W szpitalu prawdopodobnie złapałem gruźlicę. Na sali leżeli bezdomni z ulicy… W końcu wylądowałem na oddziale SPA. Tam zaczęły budzić się wszystkie choroby, uśpione do tej pory przez „konserwanty”. OZT, gruźlica, cytomegalowirus, zakrzepica nóg, zapalenia płuc i opłucnej, ciągła wysoka temperatura, depresja, odnowiona epilepsja… Qrwa! Postawili mnie na nogi i nie piłem. Byłem w fatalnym stanie. Zacząłem myśleć o terapii, na którą w końcu zdecydowałem się. Zresztą nie miałem wyjścia, ponieważ był to warunek bym dalej mógł mieszkać u rodziców.

Teraz pisząc o tym wszystkim, żałuje, że doprowadziłem się do takiego stanu. Musiałem naprawdę dotknąć dna, żeby zrozumieć, że żyję dla siebie, dopiero dla kogoś a nie jak wcześniej mówiłem..

Sądzę, że i tak nie napisałem o wszystkim. To temat rzeka…

Dlaczego dzisiaj o tym piszę?

Cóż, butelki w barku stoją. Dzięki notce, kolejny raz przerabianym temacie częściową odetchnąłem. Mogą dalej stać. Do wieczora dam radę.

Mam nadzieję, że nie wrócę do picia… Niech każdy pomyśli o skutkach picia…

Nieufny


14.01.2012

PLANOWANIE I PRZEWODNIK DUCHOWY? 13/01/2012

Planowanie jest trudną sztuką. Niestety, nie miałem chyba tego szczęścia, by mnie tego nauczono albo nie za dobrze słuchałem, co do mnie mówiono. Zawsze działałem spontanicznie, na ostatnią chwilę, a jeśli zakładałem zrealizowanie jakiegoś celu, to nie byłem konsekwentny. Czasami jednak zdarza się, że nie mam do końca wpływu na realizację planów. Nie wszystko zawsze dzieję się po mojej myśli. Życie… Ludzie…

Zaplanowałem dokładnie cały tydzień. Wizyty na terapii, u lekarzy, spotkanie ze znajomymi, złożenie papierów w ZUS itd… Chciałem zrobić, jak najwięcej, konsekwentnie realizować ważne dla mnie sprawy…

Wyjechałem, jak co tydzień w środę na terapie. Wprawdzie wiedziałem już w poniedziałek, że jej nie będzie. Została odwołana – i grupowa, i indywidualna. Mimo to, wyjechałem, planując, że siądę w domu na papierami, żeby szybciej wykonać zlecenie. Niestety. Przespałem całą środę i prawie cały czwartek. Nie wiem, co jest… W domu u rodziców trudno mi wstać, nie budzę się w nocy i nad ranem. U Pana B. odwrotnie. Na razie tłumaczę sobie, to zmianą mikroklimatu …

W czwartek, z dwutygodniowym wyprzedzeniem, miałem umówioną wizytę na oddziale SPA u okulisty. Lekarz nie mógł przyjechać i zaproponował wizytę w swojej klinice. Stwierdziłem, że jeżdżenie na kontrolne badania, po to, żeby usłyszeć: „No, CD 4 wzrosło. Regres cytomegalowirusowa następuje. Brawo. Nie oślepnie Pan jeszcze całkiem” jest bezsensowne. Za każdym razem boję się tych wizyt i wszystko robią, by je długo odwlekać. Od razu przypominają mi się dwaj kumple z okresu mojego pobytu w oddziale SPA. Cytomegalowirus zniszczył im całkowicie wzrok. Zmienił ich życie. Nie rozpoznają mnie nawet po głosie. To straszne, co HIV może zrobić z człowiekiem.

W piątek pojawiłem się na umówioną wizytę u mojego zakaźnika. Właściwie tylko po to, żeby dostać leki ARV i kolejnych kilka recept na stale zażywane leki. Ponoć już nie wystawiają recept z pieczątką. Przypadkowo (?) zepsuł się komputer a lekarz nie miał wglądu w listę refundowanych leków? Przyjąłem do ze spokojem, mając nadzieję, że zmuszony do kolejnej wizyty, znowu nie rozczaruję się. Wreszcie dotarły wyniki wiremii, która cały czas jest niewykrywalna. Tylko się cieszyć, że dzięki lekom ARV ilość wirusa we krwi jest minimalna. Przy okazji kolejnego ważenia okazało się, że w porównaniu z poprzednim miesiącem waga zmniejszyła się. Zapytałem: „To skąd mój brzuch?”. No i … okazało się, że prawdopodobnie mam zespół lipodystrofii HIV. Lekarz zdziwił się, ponieważ aktualnie zażywane leki nie powinny wywoływać LD-HIV. Zmiana leków na razie nie wchodzi w grę, bo te, które biorę dobrze zadziałały na odporność (zwiększyła się przecież). Prawdopodobne jest, że cukrzyca i leczenie insuliną również wpływa na lipodystrofię. Wszystko się wyklucza. Leczenie ARV negatywnie wpływa na leczenie insuliną, a insulina może wpływać na leczenie ARV. Zamknięte koło… Badania i TK zlecił dopiero podczas wizyty. Więc znowu jeżdżenie od lekarza do lekarza…

W ciągu kilku dni miałem umówione spotkanie ze znajomymi. Chciałem nadrobić zaległości… Część została odwołana. Jednak do jednego doszło. Już jakieś półtora roku temu miałem się spotkać z jednym chłopakiem. Oczywiście chodziło o rozmowę i nic więcej. W końcu wczoraj doszło do spotkania. Kilka razy pisałem o tym, że chciałbym poznać kogoś, z kim mógłbym porozmawiać o czymś więcej, o Sile Wyższej, na tematy, które mnie nurtują, kogoś w rodzaju przewodnika duchowego. No i … Hm… Mam wrażenie, że trafiłem na taka osobę. Przy kawie rozmawialiśmy o wszystkim, zadając pytania albo wyrażając swoje opinie przed ich zadaniem, zaskakując się, że właśnie mieliśmy zadać to pytanie. Dawno się tak nie czułem. Żaden z nas niczego nie oczekiwał. Mieliśmy wypić kawę. Jednak po wyjściu ze spotkania zastanawiałem się na pewną sprawą. Czułem się dziwnie… Zostałem doładowany pozytywną energią czy sam oddałem jej zbyt wiele? Nie potrafię określić, jaki jest człowiek. Dobry? Zły? Nawet po takich rozmowach, spotkaniach mam z tym problem … Co będzie dalej ze spotkaniami? Nie wiem, chyba do nie licze na nic. Ale ... nic nie dzieje się przypadkowo...

Planowanie… No, właśnie. Uczą mnie na terapii, by planować każdy dzień, każdą godzinę i być konsekwentny w realizowaniu wyznaczonych zadań, celów. Dlaczego? Być zajętym to najważniejsza rzecz. Nie zrozumiałem tego od razu. Z czasem pojąłem, że plan zmusza mnie do działania a to nie wprowadza mnie w „podłe” nastroje, które mogą przyczynić się do zrodzenia się najgorszego – głodu alkoholowego. Od jakiegoś czasu miewam chwile, kiedy zauważam u siebie objawy głodu. Radzę sobie z nimi po swojemu. Myśląc, pisząc, rozmawiając, analizując i odpowiadając sobie na pytania, rzadziej bywając na mityngach. Po chwili wreszcie się otrząsam i wracam na „dobrą” drogę. Mimo to, boję się tego weekendu. Będę sam w domu, nie licząc psa. Mimo wszystko taka sytuacja kojarzy mi się z piciem i ćpaniem. Mało tego, starzy zapomnieli schować alkohol. W barku stoi zrobiona nalewka przez ojca. Qrwa! Pech? Albo próba przede mną? …

Oczywiście zaplanowałem sobie weekend, tak, by jak najwięcej czasu mieć zajętego. Mam do zrobienia kilka rzeczy. Jednak…

Muszę jeszcze o czymś napisać. Być może powtórzę się.

Piszę bloga dla siebie, od pewnego czasu licząc, że w jakiś sposób stanie się przesłaniem, pokazującym, że każdego człowieka może dotknąć to, co mnie. Choroby … jest ich wiele. Może inne, których nie mam są bardziej wyniszczające, jednak te, które mnie dotknęły są dla mnie ogromnym ciężarem. Próbuję żyć z nim jak z przyjaciółmi, którymi kiedyś była wódka i amfetamina. Staram się już teraz postępować, jak inni. Staram się żyć w zgodzie z sobą. Nasuwa się pytanie, co to znaczy „żyć w zgodzie z sobą”? To temat na inną notkę. Coraz więcej tematów nasuwa mi się do opisania, przeanalizowania, wysłuchania, co inni mają do powiedzenie. Wczytanie się w komentarze i potraktowania ich, jak zwroty, wyciągając z nich odpowiednie wnioski.

Mógłbym tą notkę potraktować, jako reklamę, prosząc o zagłosowanie na mojego bloga. Na jakiś czas przestać pisać. Ale… nie, nie zrobię tego. Tematy poruszane przeze mnie są bardzo drażliwe, dla wielu wręcz niemożliwe, nieznane. Jeśli ktoś będzie chciał się wczytać w treść zrobi to i jeśli uzna, że warto – zagłosuje.

Życzę wszystkim miłego weekendu…

Nieufny

ps. bardzo dziękuję za oddane głosy.


12.01.2012

KONKURS 12/01/2012

KONKURS 12/01/2012


Miało miejsce pewne zdarzenie, które nie było przypadkiem. Jednak o nim napiszę później. Muszę najpierw jakoś to sobie wszystko poukładać…

Dzisiaj rozpoczęło się głosowanie w konkursie na Blog Roku 2011.

Jeśli uznacie, że warto pokazać innym moją historię to zapraszam do głosowania.

Wyślij sms o treści A00252 na numer 7122


Treść A00252 - "0" to cyfra zero i sms bez spacji

Koszt tylko/aż 1,23 zł.

Nieufny

10.01.2012

POCZUCIE WINY 08-09/01/2012

Poczucie winy…

W jaki sposób na nas działa? Skąd się bierze? Jak z nim żyć? Co dla mnie znaczy? Czy głęboko we mnie tkwi? Jak mnie wpływa? Hm…

Zadaję sobie te i podobne pytania od dawna.

Pisanie bloga i terapia nie pomogły mi do końca w zrozumieniu znaczenia tych słów. Ciągle rodzą się pytania, na które próbuję odpowiedzieć.

Duży wpływ na całą notkę miało niedzielne zdarzenie. Po raz kolejny potwierdza się, że nie ma przypadków…

Borykam się cały czas z przeszłością. Początek bloga jest inny, bardziej spazmatyczny, „nienormalny” jak na faceta prawie czterdziestoletniego. Wspomnienie, użalanie się na sobą, rozpamiętywanie… Jednak było mi to potrzebne. Narodziłem się i rozwijam – dobrze, że późno niż w ogóle. Przebudziłem się??? Chyba jeszcze nie do końca…

Wielokrotnie wspominając przeszłość czułem ogromne poczucie winy…Z początku dołowałem się, ale teraz chyba potrafię wytłumaczyć, że jest czasami nieuzasadnione. A jeśli nawet czuję się winny, staram się wtedy przeprosić osobę, którą skrzywdziłem.

Moje poczucie winy towarzyszy mi od dzieciństwa. Zawsze krytykowano moje postępowanie. Czy rzeczywiście przyniosło pozytywny efekt? Niestety, chyba nie.

Teraz jestem sobą, a przynajmniej staram się. Moje zachowanie, wybory, decyzje często nie idą w parze z normami społecznymi, naszą kulturą, w jakiej mnie wychowano. Zwłaszcza teraz, gdy rzeczywiście trzeźwieję. Mimo to, często zdarza się, że zmieniam swoje postępowanie, bo nie mam innego wyjścia. To nie kwestia „czy mi wypada, czy nie”, ale chcąc normalnie żyć dostosować się do ogólnych norm.

Skąd taki temat taki?

Ciąg dalszy poprzedniej notki. Myśli o samobójstwie to efekt ogromnego poczucia winy. Nie spełniłem niczyich oczekiwań. Stałem się nikim. Ćpunem, alkoholikiem, chorym na AIDS, z problemami w różnych sferach życiowych, bez pieniędzy, nawet na leki. A miałem być kimś! Zaplanowano mi karierę, namawiając mnie na zdobycie opłacalnego zawodu, co miało mi zabezpieczyć życie. Tym bardziej zabezpieczyć, że jestem gejem. A gej nie ma dzieci i musi mieć pieniądze na opiekę na starość… Poczułem się winny wszystkiego i tym razem wywołało to u mnie stan depresyjny. Później po tych myślach odrodziły się we mnie kolejne pokłady poczucia winy… Zrobię to i co dalej? Nawet, jeśli ułatwię życie innym i w jakiś sposób je zabezpieczę to, co będzie z nimi? Potwierdziliście to zresztą swoimi komentarzami. Poza tym wczorajsza próba samobójcza prokuratora wojskowego „wstrzeliła się” w moje przemyślenia. Wprawdzie jego rodzina może mieć większe problemy niż moja.

Na peronie czułem wstyd, wstręt do siebie, zażenowanie, niezrozumienie, zagubienie i poczucie winy…

Jadąc pociągiem starałem się wsłuchać w siebie. Zrozumieć, dlaczego miałem znowu takie myśli? Przecież wiem, że nic nie zrobię w kwestii refundacji leków. Muszę popłynąć z nurtem, aby dalej żyć. Zmienić swoje życie. Kolejny raz całą hierarchię priorytetów. No i, w jakiś sposób przestać być sobą. Niestety, niewiele dały przemyślenia. Gdy zobaczyła mnie Krysia od razu spostrzegła, że znowu jest coś nie tak. Wyrzuciłem z siebie całą złość, gniew, żal, ale to również nie pomogło.

Nie wierzę w przypadki, jak wiecie. Poza tym, parapsychologia była kiedyś moim zainteresowaniem. Podobnie, jak wszystko, co związane z magią, medytacją i dążeniem do harmonii życia… Chyba telepatycznie wywołałem temat poruszony na terapii, który akurat dotyczył m.in. poczucia winy. Zapytana o to Krysia wiele powiedziała. Mówiąc została zmuszona do odnalezienia siebie, wskazania czy terapia pomogła w uporaniu się z tym problemem (najbardziej w niej tkwi). Później przyszła kolej na innych. Wypowiedzi w ramach zwrotów. Okazuje się, że poczucie winy jednych napędza do działania, innych dołuje a niektórzy w ogóle nie odczuwają takiego uczucia. Najbardziej zaskoczyło mnie to ostatnie. I przeraziło, tym bardziej, że powiedziały to młode osoby, z niewielkim „doświadczeniem” picia. Qrwa! Jak można nie czuć się winnym, kiedy piło się będąc w ciąży? Nie mogę zrozumieć stwierdzenia: „Piłam w ciąży. Trudno. Nie rozmyślam o tym.”. Patrząc od kilku miesięcy na trzeźwienie Żanety zauważyłem, że będąc w kolejnej ciąży, choć nie pije to ma cały czas pijackie myślenie – przecież pali papierosy. Jej szkodzi, ale dziecku jeszcze bardziej. Nie rozumiem, ale staram się przynajmniej akceptować jej decyzję i postępowanie. Jej wybór… Zresztą nie jestem w podobnej sytuacji, więc najmniej mogę wypowiadać się na ten temat. Ogarnął mnie jednak strach… Pomyślałem, że może dojdę do takiego momentu. Z drugiej strony zazdrościłem, że w jej życiu „nie gości” to uczucie. To wolność! Nie mieć poczucia winy. Obarczanie się nim to krok do autodestrukcji.

W zwrotach wywaliłem z siebie wszystko, co możliwe. Łamiąc zasady, mówiłem ponad kwadrans. Czułem na sobie wzrok, kątem oka dostrzegłem wychylające się osoby, wpatrujące się i wsłuchane w to, co mówię… Dziwne uczucie. Powiedziałem mniej więcej tak: „Poczucie winy było, jest i będzie. Żeby się z nim uporać musiałbym wyjechać daleko, zapominając o wszystkim, najpierw przeprosiwszy i wszystko zacząć od nowa. Jednak nie jestem pewien czy stałbym się wolny od takich emocji. Przecież wyjazd wzbudziłby we mnie kolejne poczucie winy – zostawiłem znowu wszystkim, stając się egoistą niepatrzącym na uczucia innych. Od dziecka rodzice wpajali mi, jak mam się zachowywać, co wypada a co nie. Muszę pamiętać, że jestem dzieckiem mężczyzny na stanowisku, z nieskazitelnym życiem, działającym zgodnie z prawem. Wpajano mi to tak głęboko, że tkwi do tej pory. Matula wiele widziała, zwłaszcza wszystko, kiedy ćpałem. Ogarniał ją strach, kiedy naćpany znikałem gdzieś i spotykałem się na seks i wracałem późno następnego dnia, wypijając pół litra wódki, by za bardzo nie odczuć zejścia z amfetaminy. Wiele razy przepraszałem, błagałem o wybaczenie. Niestety, za każdym razem, podczas jakiejkolwiek rozmowy Matula wspomina ten okres. Jednak nie robi tego, by pokazać, jak mogę być silny, ale, żebym zobaczył, co zrobiłem innym. Jestem zmęczony przekonywaniem o swoje świadomości, strachu i niechęci przed powrotem do przeszłości i … przepraszaniem. Takie sytuacje mnie denerwują i powodują złe nakręcanie się, które prowadzą do dołów emocjonalnych, pogłębienia się depresji. Z upływem terapii chyba lepiej radzę sobie z tą emocją. Jest inna, nie wiem, czy mniejsza i „lepsza”. Trudno mi opisać. Zauważyłem, że czasami pozytywnie na mnie wpływa. Dzięki poczuciu winy, rozumiem, że zrobiłem źle w życiu i teraz wszystko robię, by nie wrócił ten stan. Wkręcam się w działanie? Nie wiem. Uważam inaczej niż wszyscy. Mnie poczucie winy nie odstąpi. Zresztą nie wiem, czy chciałbym, aby zniknęło. Staram się nie tworzyć czarnych scenariuszy, wywoływać w sobie „użalania się”, analizować wszystko, co zrobiłem i robię… Choć bardzo jestem tym zmęczony. Szczerze mówiąc, mam dosyć spotkań, terapii. Chyba zamęczyłem się 2,5 latami grzebania w swoim życiu, sobie…”.

W tym momencie zaczęły się kolejne pytania w kwestii ostatnich zdań… Spojrzałem i pokiwałem głową, mówiąc: „Dajcie mi spokój. Nie chcę o tym mówić”.

Konkluzja z terapii jest taka: należy mieć poczucie winy, ale starać się żyć w harmonii z tym uczuciem i dążyć do wyrównania szali wagi emocji. Nie za wiele i nie za mało… w sam raz… Qrwa! Jak łatwo mówić…

Kolejnym potwierdzeniem moich przemyśleń było zdarzenie niedzielne. O godzinie 14 wpada Radek do domu. Kolega Pana B., mąż przyjaciółki Pana B.. Kilka razy pisałem o Radku, wyrażając swoje niezadowolenie z jego zachowania. Nie jestem tradycjonalistą, ale z doświadczenia wiem, że wizyty u kogoś muszą mieć jakiś sens. Rozumiem, wpadam na kawę… ale nie rozumiem bez zapowiedzi. To czasy telefonów komórkowych (i tu punkt – plus za ich istnienie) i myśląc o wizycie wystarczy wykonać połączenie i zaproponować spotkanie: „Jestem nie daleko. Wpadnę na kawę, co Ty na to?”. Jedno, dwa zdania… Wszedł, ściągnął buty i nie wytrzymałem… Dawno tak nie krzyczałem, trzęsąc się przy okazji i wywalając prawie wszystko, co mi leżało na wątrobie. Chłopak stał, milczał, czerwienił się i nie wiedział, co powiedzieć. Jeszcze bardziej wyprowadził mnie z równowagi, kiedy na moje pytanie „Matka nie wychowywała Cię, jak się postępuje, jak się zachować, chcąc do kogoś iść” usłyszałem odpowiedź „Wtedy komórek nie było”. NO, QRWA! Teraz mnie bawi ta odpowiedź. Świadczy o tym, jak pewny jest siebie i jak wszystko ma w dupie, a każde zwroty do niego, nawet te zbyt bezpośrednie i dosadne niewiele wnoszą… Opadły mi ręce i poszedłem do pokoju. Zdziwiłem się szybkim opadnięciem złości i drżeń rąk i głowy… Leżałem na łóżku próbując się wyciszyć. I zaczęło się… POCZUCIE WINY! No, szlag… Pomyślałem: „Po co dałem się wkręcić? Po co krzyknąłem? Wystarczyło powiedzieć spokojnie albo milczeć i wyjść z kuchni, niczym się nie przejmując. Muszę go przeprosić.”…

Chwila, chwila…

Za co mam przeprosić? Za to, że powiedziałem prawdę? Chyba jedynie za podniesiony głos, ale chyba też nie, bo tak wyśrubowałem swoje emocje, tłumione w środku od dawna, że właśnie to jest wytłumaczeniem krzyku. Skąd to poczucie winy? Nic złego nie zrobiłem. Byłem sobą, nie patrząc tym razem na innych, nawet Pana B.. Wreszcie powiedziałem, co powinienem dawno zrobić. Nie potrzebnie się męczyłem i tłumiłem wszystko. A, że trafił na zły moment (humor?), miał pecha.

Zastanawiam się na jednym jeszcze. Wczoraj czytałem, że dalej ciągnie się protest lekarzy. Jak usłyszałem, że to „dla dobra pacjenta, chorego” to nie wytrzymałem… Czy lekarze nie mają czasem poczucie winy? Qrwa! Dlaczego wprost nie powiedzą związki zawodowe lekarzy: „Protestujemy, bo boimy się konsekwencji? Komunikat jest tylko komunikatem, a nas obowiązują przepisy. Boimy się kary ustawowe”. Ot, cała polityka… Takie zdanie byłoby bardziej zrozumiałe dla mnie – chorego niż wymuszone „Przepraszamy, to dla dobra chorych”. Już Qrwa uwierzę…

Dalej nie wiem, jak działa motywująco na mnie poczucie winy. Chyba bardziej mnie dołuje, ale nie mogę, nie chcę i nie potrafię żyć bez tej emocji. Poczucie winy cały czas mnie dopada, nawet w zwykłych sytuacjach, które dla innych są błahostką. Nawet w relacjach z Panem B.. Wystarczy nie komplikować sobie życia… Nie potrzebnie wbijam się sam w ten stan, ale… taki jestem… szczery, naiwny, zbyt dobry (?), za bardzo wczuwający się w innych, zbyt dosłownie biorący do siebie wszystko, mało zdystansowany do siebie i życia…

Poczucie winy jest chyba jednym z wielu uczuć, które są we mnie zbyt głęboko. Tkwi tak mocno, że do tej pory często nie jestem sobą, mimo, że ciągle powtarzam: „Jestem sobą”. Kolejny temat do notki? A może tym razem o relacji Matula – syn? Czy może być relacją przyjacielską, więcej niż zwykła rodzinną?

Miłego dnia :)

Nieufny

Ps. Nie czytałem drugo raz, więc nie wiem czy to trzyma się składu i czy o wszystkim napisałem.

Ps. Dziękuję za komentarze, chyba na każdy odpowiedziałem…

Ps. To jak? Dyskusja? Jak jest u Was z tym? Jak radzice sobie z poczuciem winy? Może coś wszyscy weźmiemy dla siebie z wspólnych komentarzy - zwrotów?