Nie pamiętam dokładnie zdarzeń z ostatniego tygodnia. Zresztą i tak nie zdołałbym o wszystkim napisać. Sprawy, które powinny być dla mnie istotne, zaczynają być błahe i odwrotnie… trochę się tej sytuacji boję. A może to efekt trzeźwienia, dojrzewania, przebudzenia? Sam nie wiem.
Tęsknię za Panem B.. Miałem dziś już pojechać, ale przedłużyła się wizyta u lekarza, dopadła mnie grypa jelitowa i wkurwiła po raz kolejny rodzina.
Za każdym razem, wyjeżdżając od Matuli czuję się wypalony, zdeptany psychicznie. Dochodzę do siebie kolejne dwa, trzy dni i wszystko odbija się na relacjach z Panem B.. Cały czas nie potrafię być na tyle silny, żeby powiedzieć wprost o swoich uczuciach w związku z konkretną sytuacją. Tłamszę to w sobie, co prowadzi do powiększenia się balonu i … boję się, że kiedyś pęknie. A znając siebie, wiem, że będzie to eksplozja, która może wiele zmienić. Słucham, słucham i dla świętego spokoju milczę, wychodząc z założenia „mój spokój – twoja racja” (sposób Wojtka).
W imię czego? Dlaczego się tak ciągle męczę? Po tych wszystkich dziwnych rozmowach, a może bardziej przyjętych, przyswojonych tekstach moje poczucie wartości spada poniżej zera, poczucie winy wbija mnie w głąb ziemi… To jest chore!
Przychodzi mi do głowy rozwiązanie: kolejna ucieczka przed rodziną albo … szczere wypowiedzenie swoich uczuć. Już uciekałem, więc to odpada. A szczerość w tym przypadku bardziej mi zaszkodzi niż pomoże. Muszę liczyć się z jej konsekwencją - wylądowaniem na bruku.
No i w tym momencie ogarnia mnie strach. Co wtedy? Co dalej? Z drugiej strony może byłby to sposób, że szybciej stanąłbym na nogi? Chyba jednak nie mam tyle odwagi, żeby próbować. Wystarczy mi kilkumiesięczne życie w parku, na ulicy… Niestety, cały czas jestem uzależnionych od starych. Próbuję to zmienić, ale nie jest to wcale łatwe. Poza tym, jeśli całkowicie wyjdę z domu, tym razem nie będę miał już możliwości powrotu. A nie daj bóg popłynąłbym z wódką…
Szanuję ludzi, zwłaszcza moją Matulę. Pytanie czy to uczucie jest prawdziwe, czy wymuszone przez kulturę, przykazania lub wpojone w dzieciństwie zachowanie? To kolejny, ciekawy temat do omówienie, przeanalizowania.
W miarę trzeźwienia, dojrzewania na nowo staram się mówić wprost o swoich uczuciach. Stosuję również tę zasadę w stosunku do Matuli. Czy coś to zmieniło? A gdzie tam! Jest jeszcze gorzej niż było. Potrafi po raz kolejny wykrzyczeć mi, że jestem tu - u nich z powrotem dzięki niej; to ona postawiła mnie na nogi; to ona jeździła do szpitala; to ona płaci za leki itd… i dlatego - mam milczeć i robić, co ona chce.
Być może mówi to w złości i później żałuję, niemniej jednak słowa padają.
Popatrzyłem i po raz kolejny, jak mantrę powtórzyłem: „Przeprosiłem Cię wiele razy. Dziękowałem również wiele razy. To, po co do tego wracasz?”. Jaka była odpowiedź: „Bo chcę, Ja wszystko mogę a Ty nie jesteś u siebie”.
Qrwa! Niech to szlag!
*Przy okazji - gdzie jest mój dom? Gdzie mam swoje miejsce? W życiu zrozumiałem, że nie należy przywiązywać się do ludzi i rzeczy, ale chciałbym się czasami czuć, jak u siebie, bezpieczny. Jakąś namiastkę tego dostaję od Pana B., ale poprzednie związki, zwłaszcza z Wojtkiem nauczyły mnie: „Uważaj! Nawet, gdy ktoś mówi: czuj się, ja u siebie; to też twój dom, musisz brać na to poprawkę. Nie przyzwyczajaj się…”.
Uczą mnie, żeby być szczerym, mówić o uczuciach, rozmawiać i być asertywnym. Taaa! Łatwo mówić… Przekonuję się często, że szczerość robi więcej mi krzywdy. Tym bardziej asertywność.
ROZMOWA! Czy naprawdę trudno jest rozmawiać? Wystarczy chcieć! Nawet w emocjach, za które zawsze można przeprosić. Po co robić „focha” i …?
Obawiam się, że moje relacje z Matulą nie są do końca prawidłowe.
Jako nastolatek miałem potrzebę rozmowy, dzielenia się swoimi radościami i smutkami, codziennym życiem. Niestety, nie miałem przyjaciół. Koledzy unikali kontaktu, bo bardziej lgnąłem do towarzystwa dziewczyn a takie zachowanie drażniło również dziewczyny (z czasem się to zmieniło). Cóż, pozostała najbliższa osoba. Stała się nią Matula… Z upływem czasu sama zaczęła zadawać pytania. Niechętnie odpowiadałem na wszystkie, tym bardziej rozjuszony tekstem: „Ty ze mną już nie rozmawiasz… itd.”, który powodował u mnie wyrzuty sumienia. Odpowiadałem, choć nie miałem ochoty na zwierzenia. Zresztą, w liceum, kiedy wpadłem na pomysł „coming out-u”, otaczałem się kobietami i miałem z kim rozmawiać. Dziwne zachowanie, wypracowane w ramach wychowania – jesteś dzieckiem, mów wszystko rodzicom a oni Ci doradzą, zrozumieją i pomogą. Zero prywatności. Tak było u mnie w domu we wczesnych latach.
W końcu wyprowadziłem się. Najpierw do Babci, pod pretekstem dobrych dojazdów do szkoły. Później do Warszawy w związku z pracą i Wojtkiem, o którym dowiedzieli się jakiś czas później. Wtedy trochę odetchnąłem. Zresztą moje stosunki z rodziną nie były nawet poprawne.
W pewnym okresie życia pozwoliłem, by relacja Matka – Syn stały się relacjami przyjacielskimi, jeszcze bardziej niż w czasach licealnych. Choć życie kręciło się tylko wokół Wojtka, nie mając znajomych musiałem i chciałem z kimś rozmawiać. Niestety alkohol też zrobił swoje. Wywołując depresję czułem się samotny i miałem jeszcze większą potrzebę zwierzania się. No i … Ona wiedziała o mnie wszystko, ja o niej niewiele mniej, ale… ja mojej wiedzy nie wykorzystuję, a ona tak. Z troski? Czy może z wyrachowania lub innego powodu? Ile razy słyszałem, że powinienem odciąć pępowinę i żyć swoim życiem? Tak, prawda, powinienem tak zrobić, ale życie potoczyło się tak a nie inaczej.
Popełniłem błąd. Pozwoliłem, by Matula była dla mnie przyjaciółką. Wtedy nie wstydziłem się tego. Byłem wręcz dumny, że mam młodą Matulę a relacje z nią są rewelacyjne, czego zazdrościli mi inni, mimo, że nie rozumieli do końca sytuacji i mojego podejścia, ostrzegali mnie przed konsekwencjami takiego zachowania i wręcz byli zażenowani takim zachowaniem Niestety teraz mam problem z wycofaniem się z takiej reacji, mimo kilkakrotnych rozmów bez emocji, tłumaczenia, wyjaśniania, często w ramach zaleceń terapeutycznych. Łatwiej mi już powiedzieć: „Nie pytaj, bo nie odpowiem Ci. To moja sprawa. Itp”, ale przeżywanie jej zachowania, „fochów”, komentarzy, złośliwości przerasta mnie cały czas. Wiem, usłyszę: „Nie przejmuj się. Nabierz dystansu.”. Problem w tym, że nie chcę jej zranić. Chyba to również efekt stereotypu wychowawczego – szanuj matkę bez względu na cokolwiek. No i … żniwo zbieram…
Dwa miesiące temu, z polecenia znajomego dostałem zlecenie. Wykonanie wiązało się z dobrą kasą, której w tej wysokości dawno nie widziałem. Na samym początku ustaliłem z Matulą, że dzielimy się po połowie, przy założeniu, że oboje pracujemy i dzielimy się pracą. Logiczne i uczciwe podejście do sprawy. Wszystko robiła, żeby nie zająć się pracą związaną ze zleceniem. Tłumaczyła się złym samopoczuciem, tym, że przejęła po mnie część obowiązków u pozostałych, zresztą własnych klientów. Ciągle jakaś wymówka. Miałem ustalony harmonogram wykonania zlecenia, którego starałem się trzymać. W środę usłyszałem: „Zrób w końcu te papiery, bo kasa jest mi potrzebna”. Przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i milczałem, choć w środku aż we mnie wrzało. Oczywiście, z własnej, nieprzymuszonej woli skończyłem zlecenie. Przekazywanie analiz następowało regularnie, na końcu omówiłem wszystko i … dostałem kasę. Podzieliłem się kasą, tłumacząc sobie, że dołożyłem się do leków. Mimo to było mi przykro. Przedstawiałem argumenty, że nie powinno tak być, ale w końcu poddałem się. Czułem żal, niesmak, zdenerwowanie… Po raz kolejny pozwoliłem na coś podobnego. Czuję się zwyczajnie oszukany. Rozumiem, że każdemu pieniądze są potrzebne, ale to był mój pierwszy większy zarobek od 2009 roku. Mimo wszystko mam ogromną satysfakcję, czuję zadowolenie z wykonanej pracy. Warto było nie tylko ze względu na pieniądze, ale widoku zadowolonej kobiety. Poza tym po raz pierwszy od dłuższego czasu dostrzegłem małą iskierkę wiary w siebie, swoją wiedzę.
W środę widziałem się z bratową Olą. Coś dziwnie wyglądała. Uśmiechnięta, radosna i … miała większy brzuch. Domyśliłem się, że jest w ciąży. Nie pytałem. W końcu powiedziała. Ucieszyłem się. Zaplanowali z Mirkiem ciążę i szanuję ich decyzję. A moja Matula? Hm… ona nie. Z większością jej argumentów zgadzałem się, ale to sprawa brata i bratowej i nic nikomu do tego. Powiedziałem w końcu: „Tak naprawdę nie rozumiem Twojego podejścia. Przynajmniej uszanuj ich decyzję. Są dorośli i według mnie odpowiedzialni. Mają do spłacania kredyt na niedawno kupione mieszkanie. Mirek ma córkę i pasierba. Nie mnie oceniać czy teraz są lepsze czasy na wychowanie dzieci. Z pewnością inne. Czy Ty zawsze musisz być przykra w takich sytuacjach i krytykować własne dzieci? Wtrącasz się prawie we wszystko. Nie nauczyłaś się na moi przykładzie, że takie zachowanie powoduje odrzucenie? Chcesz stracić na jakiś czas kolejnego syna?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Głupi jesteś. Oni nie dadzą rady, a ja im nie pomogę i po moim trupie pozwolę pomóc ojcu.”. Tak. I tak pomogą, zwłaszcza ojciec. On dla dwóch synów i ich dzieci – swoich wnuków zrobi wszystko, co możliwe. Nie za bardzo rozumiem jej podejścia. Nawet, jeśli jej argumenty są rozsądne i z częścią się zgadzam, to przecież ona też decydowała się na dzieci a akurat Mirek był zaplanowanym potomkiem. I tak wyglądają ostatnio rozmowy z moją Matulą.
Przy okazji Matula dała mi odczuć po raz kolejny, że nic jej nie mówię. Powiedziałem, że nie chcę i nie muszę. Foch trwał do mojego wyjazdu w piątek. Wtedy jej złość sięgnęła zenitu. Całą frustrację związaną z ojcem przelała na mnie. Zwracając uwagę nawet pomyliła imiona, krzycząc wypowiedziała imię ojca. Tylko popatrzyłem i powiedziałem: „Widzisz. Masz problem. Przestań na mnie wyżywać się. Albo się ogarnij i porozmawiaj z ojcem, albo po prostu daj mi spokój. Mam już dosyć takich sytuacji. Nie przychodź do mnie na żalenie się. Idź do swoich dwóch innych synów i synowych. Ja mam już dosyć.”. Trzaskając drzwiami i informując, że będę w kolejną środę, wyszedłem…
Szczerze mówiąc jestem zmęczony takimi sytuacjami.
Dziś wiem, że nie pozwoliłbym sobie na takie zbliżenie – „spoufalenie” z rodzicem – Matulą. Matka powinna pozostać Matką. Powinna być wsparciem i powinna być wspierana w trudnych chwilach. Im mniej wie o problemach, moim życiu, tym lepiej. Przynajmniej nie wykorzysta informacji w rozmowach, kłótniach. Przyjmijmy, że rozumiem słowo miłość, szacunek. Kocham i szanuję Matulę, ale nie pozwolę jej na wtrącanie się w moje życie. I wszystko robię, żeby moje relacje z nią uległy zmianie. Żeby znowu stały się zdrowe.
Według mnie nie powinno przekraczać stałej granicy. Matka powinna pozostać Matką, a Syn – Synem. I basta! Im mniej wiedzą o sobie, tym lepiej. Jeśli dalej się posunie te relacje mogą szkodzić obu stronom.
Inną sprawą jest „narzekanie” na Matulę.
Odkąd pamiętam ciągle powtarzałem z Sabkiem „Nie będę taki, jak ojciec i Matula…”. I co? Sabek jest podobny do ojca, ja do Matuli a Mirek stanowi mieszankę wybuchową. To widać, słychać i czuć – jak w piosence. Jestem świadomy swojego podobieństwa do Matuli i dlatego staram się ją zrozumieć i jednocześnie nie powielać jej błędów. Mam to szczęście (?), że nie mam własnych dzieci. Dzięki temu kolejne pokolenie uniknie tego, czego ja doświadczyłem. Współczuję moim bratankom i bratanicą, ponieważ widzę zachowanie braci i „męczenie się” dzieciaków. Ich frustracja przeradza się czasami w niechęć w kontaktach z rodzicami. Tak było również ze mną i braćmi. Najważniejsze jest porozmawiać o swoich „żalach”, pretensjach, bo życie z takim ciężarem rodzi kolejne problemy we własnym życiu. Poza tym ciągłe okazywanie wdzięczności też nie jest zdrowe. Często bywa wymuszone. Próbuję to zrobić, ale chyba jeszcze nie do końca osiągnąłem swój cel. Cel, który choć w małej części pozwoliłby mi na osiągnięcie harmonii w życiu.
Notka miała być ciekawa, a mam wrażenie… Myślę, że do tematu jeszcze wrócę za jakiś czas.
Dziękuję wszystkim za oddanie głosu na blog.
Do każdej notki będzie stały „ps”. Niestety blog pisany jest w starym systemie i nie mam przesyłanych informacji o dodanych komentarzach do starych notek. Coraz bardziej niosę się z zamiarem przeniesienia bloga na blogspot.pl, ale szkoda mi utracić komentarzy, których nie da się przenieść. Zresztą przenoszenie potrwa, a jestem laikiem w tej kwestii. Blog o tej samej nazwie już założyłem.
Miłego weekendu
Nieufny
Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.
Ps. notkę zacząłem pisać w czwartek i skończyłem dopiero dzisiaj :(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz