7.01.2012

ODPOWIEDZIALNOŚĆ 03-07/01/2012

Znowu długa notka, ale może uda mi się wywołać dyskusję?

Widząc nadjeżdżający pociąg pomyślałem … Qrwa! Rzucę się pod pociąg. Dzięki temu przestanę mieć problemy. Jednocześnie ułatwię życie innym, bo z czasem pogodzą się z moją decyzją. Ułatwię też rozwiązanie problemu rządowi – stanę się zbędną mordą do wykarmienia. Przestanę być problemem… Zmniejszę wydatki z budżetu na leczenie i na rentę…A rodzina i Pan B. dostaną odłożone pieniądze z OFE…

Tak, tak pomyślałem, ale… nie potrafię tego zrobić. Jestem za słaby. Nie mam tyle odwagi. Qrwa! Pech! No, niesamowity pech!

I tu zdałem sobie kolejny raz, że moje wybory niosą skutek. Dokonując wyboru biorę odpowiedzialność za swoje czyny i wiem, jaki przyniosą efekt.

Dlaczego, ja mam odpowiadać za swoje decyzje, a inni nie?

Dlaczego przerzucają na siebie odpowiedzialność?

A tak naprawdę, końcowe ogniwo świadczonych usług, czyli pacjenci - nie mają nic do powiedzenia.

Taki rząd… Czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi? Podejmując decyzje związane z lekami i receptami chyba wie, co może to spowodować? Chodzi o chorych! Tak jak o mnie! Będę zmuszony zmienić leczenie lub zaprzestać go. Nie stać mnie na finansowanie takiego leczenia i wyrzucanie ponad 300 złotych, których przecież i tak nie mam. Jeśli mam to robić, toproszę o podwyższenie mojego wynagrodzenia, płaconego przecież z państwowych pieniędzy – zasiłku stałego z pomocy społecznej. Z tego, co wiem nie zmienił się od 2009 odkąd zacząłem otrzymywać zasiłek z tytułu znacznej niepełnosprawności. Jak mam żyć?

Rodzina? Hm, trwa afera „lekowo – receptowa”… Po powrocie z środowej terapii, zmuszony do oglądania informacji TVN24, dyskutowaliśmy z rodzicami. Moja Matula nie była przekonana do moich wyliczeń, zapewniała, że mylę się… Hm… Być może umknęło coś mojej uwadze, nie zaprzeczyłem. (I w tym momencie mógłbym pisać o poczuciu własnej wartości, ale… to temat na kolejną notkę). Od ojca usłyszałem: „Co zamierzasz?”. Wbiło mnie w krzesło, na którym siedziałem. Zatkało mnie. „Nie wiem, naprawdę nie wiem! Zmienię leczenie? Przestanę się leczyć?” – odpowiedziałem. Nie zrobię tego na złość sobie, innym, ale z powodu bezradności i braku możliwości finansowych.

Nie tylko rząd ponosi odpowiedzialność za chorych. Również opozycja. Gdyby wcześniej robiła coś w tym temacie, nawet nagłaśniając sprawę w mediach może byłoby inaczej? Irytuje mnie, gdy słyszę ich wieczne narzekania na rząd. Sami nic nie wnoszą oprócz fermentu. Pranie mózgu jest cechą charakterystyczną polityków. Ciągle powtarzają, że najważniejszy jest interes pacjentów, chorych. Qrwa! Puste słowa! Polityka! Tylko gadanie, które nic nie wnosi.

Lekarze! Zawód, który według mnie wymaga powołania. Predyspozycje, które dadzą siłę w wykonywaniu tej trudnej profesji. Uważam nawet lekarza za kogoś lepszego, ważniejszego niż duchownego. Dlaczego? Lekarze nie tylko leczą ciało, ale duszę. Podziwiam ich za siłę, która jest niezbędna do przekazania pacjentowi często najgorszych informacji. Uporanie się z takim stresem to ogromna sztuka. Może z czasem niektórzy wpadają w rutynę, ale nie wierzę, by w ogóle tego nie przeżywali. Często postępowanie lekarzy graniczy z cudami, w które większość wierzy. Zresztą nie raz słyszałem, że najważniejsze jest pozytywne myślenie, nastawienie. Qrwa! Cały czas złości mnie ten tekst. Wnioskuję, że postępowanie lekarzy jest odpowiedzialne. Najważniejszy jest dla nich pacjent, jak sądzę. Obym po akcji „lekowo-receptowej” nie zmienił tego zdania. Mam jakiś znajomych lekarzy, ale nasze kontakty są sporadyczne, więc nie wiem, co przeżywają i myślą.

Powiem na swoim przykładzie.

Jako doradca podatkowy (dawne czasy) byłem ubezpieczony. Wykonywanie tej profesji było bardzo ryzykowne. Podejmowanie decyzji łączyło się ze stresem i paniką związaną z przyszłymi konsekwencjami. Tak naprawdę, nigdy nie wiedziałem, jakie one mogą być. Często przyjmowane zlecenia były obejmowane dodatkowymi ubezpieczeniami, bo albo wolałem to zrobić i kalkulacja wartości usługi mogła pokryć to ubezpieczenie, albo kontrahent życzył sobie tego i stawiał to za warunek podjęcia współpracy. Było mi bardzo ciężko, kiedy nie byłem pewien podjętych decyzji, napisanych opinii, w sytuacji braku interpretacji podatkowej. I? Mogłem zrezygnować z obsługi (w końcu podjąłem taką decyzję i nikomu do tej pory nie udało się namówić mnie do powrotu do zawodu), ale musiałem się liczyć z tym, że nie zarobię. Poza tym, zawsze brałem pod uwagę konkurencje między doradcami oraz opinię przekazywaną „na mieście” prze klientów. Cały czas byłem świadomy tego, co robię. Doradcy również mają swoich przedstawicieli, którzy mogą mieć wpływ na przyjmowane stawki „państwowe” za świadczenie usług. Nawet niezgadzanie się z nimi, nie zmienia niczego. Doradca albo świadczy usługi, albo nie robiąc tego traci pieniądze. Może to nie odpowiedni przykład? Może Asik wpisując komentarz dała do zrozumienia, w czym rzecz, powołując się na pracę nauczycieli.

Różnica między doradcą i lekarzem polega na tym, że lekarz i tak dostanie kasę z budżetu, w przypadku zatrudnienia w państwowej służbie zdrowia, co chyba jest wymagane przepisami. Nawet przy ograniczeniach godzinowych niepojęte jest dla mnie takie zachowanie, jak ostatnio. Rozumiem strach przed karą, która została cofnięta, wprawdzie tylko komunikatem, ale … rozdmuchane przez media komunikaty do czegoś zobowiązują rząd i sądzę, że nie respektowanie własnego stanowiska przez rząd spowodowałoby kolejną akcję protestacyjną. Nie rozumiem tłumaczenia, że jak nie ma podstawy prawnej to lekarze nie zaprzestaną strajku. Qrwa! Trochę więcej rozsądku, zdrowego podejścia do życia… Qrwa! Lekarze są dla nas – chorych, a nie my dla nich! Tak naprawdę, my jesteśmy waszymi pracodawcami. Szkoda, że tak niewiele mamy do powiedzenia. Dlaczego? Hm… Mamy się nie leczyć? Mamy zacząć strajkować jak inni? Nie mamy wyjścia, zmuszeni zdawać się na waszą łaskę! Tak… to my znaleźliśmy się w najgorszej sytuacji!

Duży wpływ na akcję ma również branża aptekarska. Nie jestem tym zdziwiony. Apteki przez wprowadzenie nowego obwieszczenia bardzo dużo stracą. Nie będzie już niezdrowej konkurencji, gdzie większe apteki sprzedawały leki za grosz. Być może klientów odzyskają mniejsze apteki.

System działania leków za grosz? Apteka sprzedaje leki za grosz, będąc w układzie z firmą farmaceutyczną lub bezpośrednim dostawcą. Przyciąga klientów, którzy kupując lek za grosz, kupują inne w wyższych cenach. Apteka robiąc duży obrót, nie widoczny dla klienta, zyskuje u dostawcy kolejne obniżki. I znowu wszystko kręci się wokół kasy. Bogu winni w tym wszystkim są pacjenci.

Rozumiem działania biznesowe, ale działanie na zasadzie „po trupach do celu” w końcu „wypływa” na wierzch i przynosi mierne efekty. Miałem przyjemność realizować recepty w nowym roku. Zabawne… więcej czasu poświęciłem na bieganie po aptekach niż to wszystko warte. Jedna odmówiła zrealizowania recepty z pieczątką, druga może sprzedać, ale za 50 % wartości leku lub w 100 %. Miałem dosyć. Poddałem się. Matula ma biegać dalej. Mnie jednak za dużo nerwów to kosztuje. Na razie, nie biorę leku. Jednak to moja decyzja i odpowiedzialność. Depresjonista miał rację. Znajdę się w grupie wrzodowców (kolejny raz) i obciążę leczeniem skarb państwa, ale… tu rozczaruję wszystkich! Leki dla wrzodowców również podlegały analizie i zmienił się sposób i wysokość ich refundacji. Więcej mają dokładać pacjenci.

Istnieje coś takiego jak przedstawiciel handlowy. Mają go również firmy farmaceutyczne. Niech nikt nie mówi, że profesja lekarzy i farmaceutów nie zyskuje jeszcze na tym! Wszystko znowu rozbija się o pieniądze. Żeby znaleźć finalnych odbiorców, którymi są chorzy trzeba posmarować łapę pośrednikom – lekarzowi i farmaceucie. Łapówka? A jak! W jakiejś formie oficjalnej – od czego są prawnicy? Nie znam działania tego systemu i staram się nie myśleć o tym i nie analizować, bo boję się, że szybciej szlag by mnie trafił. I tak, jako pacjent nie mam innego wyjścia. Muszę iść do lekarza i apteki albo podjąć decyzję o nieleczeniu się, znając konsekwencje swojego postępowania.

W całym proteście pomyślałem o jednym. Jak wiele zyskują dwie kolejne branże? A chorzy? Jeśli ktoś powie mi, że najważniejsze jest dobro pacjenta, to… delikatnie sprawę ujmując – wyśmieję, nie mówiąc o prawdziwej reakcji i chęci jej okazania. Do czego doszło? Tworzenie złudzeń ludziom, którzy nawet, jeśli teraz nie chorują, mogą stać się pacjentami szybciej niż myślą.

Pomyślałem sobie: „Qrwa! Wszyscy strajkują! Nawet służby mundurowe – kolejni finansowani przez państwo! Dlaczego tego nie zrobią renciści, emeryci i chorzy?”. Może w końcu trzeba coś zrobić, a nie tylko słuchać obietnic, z reguły nierealizowanych. Podwyżki uposażeń? Qrwa! Jakie podwyżki? 70 złotych? Inni finansowani przez budżet, jak lekarze, pielęgniarki i inni dostają konkretne podwyżki itp. W końcu nasza „półka” powinna zastrajkować!”. Co? Renciści, emeryci, chorzy są gorsi od pozostałych? Chyba tak. Łudzę się cały czas, że o nas się dbają. Gówno prawda! Wszystko wygląda, jak w obozie koncentracyjnym. Silniejsi przetrwają, słabsi idą do gazu! Tak, w ten sposób zaczynam coraz bardziej odbierać całą sytuację. Nie czaruję się, że ktoś dba o moje dobro. Niestety nie przynoszę kasy i dla tego w pierwszej kolejności jestem do odstrzału. Najbardziej jest mi żal starszych i dzieci. Dla mnie jest to nie do pomyślenia, żeby osoba długo pracująca dla kraju żyła za marne pieniądze i jeszcze ponosiła takie koszty leczenia. Po co pracowała? Pracowała na młodsze pokolenie i co z tego ma? Jest gównem! Czymś, czego należy się szybko pozbyć. A dzieci? Przecież one są ponoć najważniejsze?

Katolicy! Większość z Was jest przeciwna skrobance, usuwaniu ciąży, czyli nienarodzonego dziecka. A jak jest w życiu? Przecież takie traktowanie emerytów, rencistów, chorych to też swego rodzaju skrobanka! Byle się pozbyć problemu! No, i masz… znowu stoi na moim. Hipokryzja … wszędzie jest!

W całej aferze „lekowo-receptowej” zaczęło się coraz głośniej mówić o cyfryzacji systemu zdrowia. Ha! Przedstawia się przykłady Niemiec, Anglii. Po co? Niech teraz wszyscy przeciwnicy Sośnierza przepraszają! To on był normalnym politykiem, dyrektorem śląskiego NFZ, który wprowadził system kart chipowych. Ten, kto mieszka na Śląsku wie, jakie jest ułatwienie dla pacjenta i lekarza. System nie do końca wdrożony, ale działa. Można wszystko sprawdzić. Jaki pacjent, jakie choroby, jakie badania, jakie recepty i od kogo? Jedynie nie można zobaczyć, jakie zostały leki przepisane. Nie dano możliwości wykazania się ówczesnym pracownikom na Śląsku, a myślę, że szybko wprowadziliby system e-recept, który okazuje się pilotażowo był wprowadzany w 2011 roku gdzieś w Polsce.

Jestem zmęczony tym wszystkim. Zaczyna mnie to przerastać. Nie, nie użalam się nad sobą, ale … w gruncie rzeczy doświadczam tego, co inni mogą doświadczyć. Mam nadzieję, że będą mieli lepiej… Mam nadzieję, że w końcu naród się obudzi i wyjdzie na strajk, jak inni… Brakuje tylko jakiegoś „normalnego” przywódcy, któremu nie będzie zależało na prywatnej kasie czy polityce.

Narodzie! Łączmy się! Jak za komuny? Może najwyższy czas? Hehehe … wyświechtane slogany…

Na końcu jeszcze jedna refleksja o nowej liście refundowanych leków… Zastanawiam się czy jej wprowadzenie nie wynikało z chęci kontrolowania lekarzy i farmaceutów, właśnie z powodu dodatkowych apanaży od firm farmaceutycznych.

Pozdrawiam wszystkich, w trwającym obłędzie.

Życzę miłego weekendu.

Nieufny

Ps. Z pracy chyba nici. Mieli dzwonić. Kolejne niespełnione zobowiązania i wprowadzanie nadziei w człowieka, którego później dopada większa depresja.

PS. W poniedziałek będzie notka o poczuciu winy :) Chyba każdy je ma?


PRZENOSZENIE

w trakcie przenoszenia z poprzedniej strony www.nieufny.blog.pl

4.01.2012

DEBILIZM - KOLEJNA CHOROBA CYWILIZACYJNA, A DOBRO PACJENTA TO FIKCJA

DEBILIZM - KOLEJNA CHOROBA CYWILIZACYJNA, A DOBRO PACJENTA TO FIKCJA


Na początek, wyjaśnienie! Zamiast ps na końcu notki.

W tym, co napisałem mogę się mylić, nie wiedząc o wszystkim i moim celem nie było obrażenie kogokolwiek, ale poruszenie tematu z perspektywy chorego. Musiałem, nie wytrzymałem, choć starałem się ostudzić swój gniew.

Pisałem i czytałem tę notkę. Nie doczytałem jej drugi raz, bo nie mam siły przebrnąć przez tak długie dywagacje. Chylę czoła przed tymi, którym się to uda. Nagroda będzie… Mój uśmiech i Wasz komentarz hehehehe

Zaczynamy…

Szum. Awantura. Niedomówienia… itd.

To, czego bardzo nie lubię. Tak samo, jak robienie czegoś na ostatnią chwilę, stawiając innych przed faktem dokonanym. Nie zaprzeczę, czasami i ja taki jestem, ale próbuję przynajmniej zmienić w sobie takie postępowanie. W myśl motta życia – życie jest piękne i proste, tylko my je komplikujemy.

W czym rzecz? Hm…

Jestem cukrzykiem!

Do tego z cukrzycą typu 1, więc insulinozależną. WYLICZENIE:

Pomiar cukru robię jakieś 10 razy, tyle samo wykorzystując pasków. Do tej pory udawało mi się znaleźć paski do mojego glukometra po groszu, a jeśli nie, to po kilka złotych za 50 sztuk. Można wyliczyć, że powinienem zużyć około 250 sztuk pasków, czyli 5 opakowań. Teraz? Jedno opakowanie do mojego glukometra kosztuje około 41 złotych, czy musiałbym wydać na same paski 205 złotych. Do tego insulina, której wartość z ryczałtu 3,20 złotych wzrosła na 40 złotych, czyli muszę wydać jakieś 80 złotych. Nie wspomnę o igłach z nakłuwacza, które powinienem zmieniać przy każdym pomiarze cukru. Nie robię tego, ponieważ kilka sztuk kosztuje jakieś dziesięć złotych. Tym samym, dokonywany pomiar cukru jedną igła prze tydzień (założyłem, że co tydzień zmienię igłę) może być fałszywy. Kolejny lek to Metformax lub jego zamiennik, wcześniej zdobyty za grosz, kosztuje jakieś 4 złotych, co daje aktualnie wartość 16 złotych. Łaczny koszt leczenia to aktualnie kwota 301,00 złotych! Skąd mam wziąć pieniądze na leczenie? Z renty, którą pobieram? Śmiech na sali! Przecież dostaję, razem z zasiłkiem opiekuńczym 477 złotych! A reszta leków? A życie? Jedzenie?

Nie piszę tego wszystkiego, by się użalać nad sobą albo narzekać. Nie dbałem o siebie to teraz mam! Fakt! Kiedyś o cukrzycy niewiele się mówiło. Tylko od lekarza można było usłyszeć na ten temat. W każdym razie nie pamiętam uświadamiania w tej kwestii, podobnie jak w innych tematach. Piszę, bo jestem delikatnie mówiąc - WKURWIONY! Bardzo! Do tego stopnia, że z powodu pogłębiającej się desperacji i determinacji jestem w stanie pobić, a nawet więcej…Poniżej moje refleksje…

I dalej…

Mam wrażenie, że Kopacz wymknęła się za pozwoleniem Tuska, by nie odczuć wściekłości ludzi! Na jej miejscu pojawił się Arłukowicz, którego mimo „lekowo-receptowej” wpadki jeszcze szanuję i lubię. Czy zwęszyłem spisek? Nie! Moim zdaniem wykonano niezły „myk” zostawiając na polu bitwy Arłukowicza i Szyca (wiceminister), mydląc jednocześnie oczy chorym i całej reszcie społeczeństwa. Ot, polityka! Wielkie słowo, ale debilizm jeszcze większy!

Media robiły szum, za co im tym razem dziękuję! Szum, który chyba 29 grudnia trochę ucichł, kiedy na TVN24.pl napisali „Paski w ryczałcie, po 3,20”. Tiaaa. Gdzie, skąd taka informacja? Wczoraj specjalnie czytałem obwieszczenie, sprawdzałem w internetowych aptekach ceny pasków.

Bzdura!

Po pierwsze. W obwieszczeniu podano 4 złote – w tym zmienionym obwieszczeniu z 29/12/2011 roku.

Po drugie. Wpisano chyba trzy rodzaje glukometrów, najrzadziej stosowanych. W odstawkę poszedł Accu i Optima.

Kolejne zamydlenie oczu? Czy tym razem wpływ rządu na media? Kłamstwo za kłamstwem. Kolejne niespełnione obietnice.

Ktoś powie: „Zmień glukometr!”. Tak, mogę, ale… Przez ostatnie pół roku w aptekach była akcja zmieniania glukometrów za darmo – stary na nowe. Nie lubiąc Acuu zmieniłem najpierw na Glucosense. Jednak pomiar tym glukometrem był niewygodny. Musiałem się nieźle natrudzić, obracając glukometr w różne strony. Poza tym, na stronie www dla diabetyków poczytałem opinie i zachwycony Optimą poszedłem do apteki, by na niego zamienić. Pech! Akurat paski do Glucosense sa refundowane, ale żeby nie było – 50 sztuk kosztuje jakieś 15,00 złotych. Zmienić glukometr? Ok! Koszt 60 złotych. Jaką mam pewność, że za pół roku nie zmieni się znowu lista refundowanych leków?

I dalej…

Słuchając PiS, a zwłaszcza Piechy, którego bardzo szanuję, dostaję apopleksji! W głowie słyszę: „To wina rządu! Tak się nie robi! Nie można oszczędzać kosztem chorych. Zwłaszcza przewlekle chorych.”.

Qrwa! Gdzie była opozycja, kiedy ustalano listę tych leków!? Politycy! Ogarnijcie się! Przecież „Polak potrafi”! Może w końcu zacznijcie ze sobą rozmawiać i dochodzić do jakiegoś konsensusu! Pomyślcie o dobru społeczeństwa! Nie rozumiem tych wiecznie rzucających błotem w siebie nawzajem polityków! Czy dorośliśmy do demokracji? Faktycznie, nie minęło 40 lat od zmian w Polsce. Chyba tyle jest potrzebne na to, by normalnie żyć, jak w innych krajach zachodnich. Zmiana pokolenia wprowadzi „świeżość”… Tylko czy to pokolenie trzeba szybko wykończyć? Bo cała akcja „lekowo-receptowa” robi na mnie takie wrażenie…

I dalej…

Wprowadzenie takich odpłatności dla cukrzyków to kręcenie na siebie bicza! Dlaczego tak myślę? Hm… Ograniczając pomiar cukru i branie insuliny lub co gorsza zmiana jej na inną może być tragiczne w skutkach dla chorych i … rządu! Czy ktoś pomyślał o tym, że cukrzyk z czasem zaczyna mieć problemy z trzustką (jak ja), oczami (jak moja Matula) i nerkami? Qrwa! Leczenie zaćmy, jaskry, ADM oraz PZT (przewlekłe zapalenie trzustki) oraz dializa nerek jest droższa niż leczenie insuliną i profilaktyka oraz uświadamianie społeczeństwa! Totalny debilizm! Nie jestem specjalistą, ale akurat o tych efektach ubocznych cukrzycy wiem, bo ich coraz częściej doświadczam. Jeszcze bardziej i szybciej, ponieważ leki ARV (na HIV) są w 99 % insulinooporne, czyli często zmieniają działanie insuliny. Jestem przykładem tego, czemu nie dziwi się już mój diabetolog, bo przy stosowanej dawce insuliny moje wyniki są o 100 jednostek większe niż u innych.

I dalej…

Teraz mogę się narazić … m.in. Erjocie.

Bardzo szanuję lekarzy i w ogóle pracowników służby zdrowia. Uważam, że zawód ten wymaga niesamowitej odwagi i „zdrowej” psychiki. Poza tym nauka trwa … ho, ho… Pomyśleć, że kiedyś marzyłem o byciu pracownikiem służby zdrowia, myśląc nawet o przejściu z LO do liceum medycznego.

Wracając… KOCHANI LEKARZE. Z całym szacunkiem, ale wasze zachowanie jest nie na miejscu! Akcja receptowa z pieczątką, komu ma służyć? Nam – chorym, by wpłynąć na zmianę przepisów? Czy waszej wygodzie? Rozumiem, że musicie wypisywać recepty, ale i tak większość z Was zna wartość refundacji. Jakim zatem problem jest wpisywanie wartości na recepcie? Tym bardziej, że wielu z lekarzy korzysta w gabinecie z internetu - młode lekarki z pewnością i nie pytają mnie o leki...

Poza tym… Kontrolowanie czy ktoś jest ubezpieczony!... Lecząc się w Warszawie, na Wolskiej w tamtym SPA, podstawą do przyjęcia prze lekarza było okazanie ubezpieczenia. Więc, w czym problem?

Zawsze przy rejestracji do lekarza należało pokazać aktualne ubezpieczenie. Biznesmen – dowód wpłaty, etatowiec – RMUA, rencista lub emeryt ZUS-owski – odcinek wpłaty uposażenia lub decyzję, rencista z MOPS – decyzja, bezrobotny – z pewnością jakieś zaświadczenie, bezdomny – nie musi, bo z mocy prawa koszty ponosi miasto (gmina), zresztą wystarczy zgłosić się i powiedzieć i dostaje się status bezdomnego, w każdym razie tak było.

I tu pochwalę ŚLĄSK! Brawo! Dobra decyzja z kartami „czipowymi”. Trafna decyzja. Problem w tym, że tylko u nas! I problem w tym, że nawet ich stosowanie nie daje żadnych gwarancji, że ktoś jest ubezpieczony. To wina NFZ, który w okresie, kiedy podjęto decyzję o kartach inaczej rozliczał się. Chyba wtedy każde województwo rozliczało się samo, nie przekazując informacji do centrali.

Ot, cała afera …

Wasz strajk „receptowy” tylko o Was źle świadczy! Każdy pracuje. Kiedyś, jako księgowy musiałem nie tylko pracować w firmie. W domu również. A jeśli nie zrobiłem na czas? Hm… wyjebali mnie z roboty albo straciłem klienta, albo, co gorsze musiałem płacić odsetki, kary… Zatem?

I dalej…

Apteki. Nie mogę pojąc jednego… Rozumiem strach kolejnych „zawodowców” przed karami, ale przecież… Do tej pory farmaceuci mieli obowiązek proponowania tańszego leku. Jak to robili? Hm… program! Mogę się mylić… ale z tego, co domyślam się, przy każdym leku podany jest procent refundacji. Skąd taka myśl? A z paragonu! Na nim są podane wszystkie dane odnośnie leku. Często zdarzały mi się pomyłki w wypisanych receptach przez lekarzy i byłem odsyłany z kwitkiem z apteki, ale … opierdoliłem i nauczyłem się, żeby dwa razy sprawdzać receptę. Poza tym, stosując leki na nadciśnienie i inne choroby (nawet epi) jestem dobrze zorientowany, co biorę, jak wygląda pudełko, ile sztuk itd… I teraz! Mam z górki! Sprawdzam i dalej opierdalam, mimo narzekań wszystkim. Nie ja jestem dla Was, tylko Wy lekarze i aptekarze dla mnie – chorego.

Więc KOCHANI FARMACEUCI, w czym problem?

Dlaczego piszę o właśnie o cukrzycy? Przede wszystkim, dlatego, że bezpośrednio mnie to dotyczy. Poza tym cukrzyków w Polsce jest zgodnie z szacunkami jakieś 2,5 miliona ludzi. Nie za bardzo w to wierzę, bo kto robi, co kilka lat krzywą cukrową? Poza tym, nawet, jeśli przy zwykłym pomiarze poziomu cukru raz na pół roku (tak powinno się ponoć robić badania) wyjdzie zawyżony poziom cukru, to lekarz i pacjent tłumaczą sobie, że ten ostatni zjadł coś słodkiego lub podjadł w nocy. Z doświadczenia wiem o takim podejściu. W klasyfikacji (patrz wikipedia) cukrzyca jest uznana za chorobę cywilizacyjną. Zatem???

Muszę napisać również o innych chorych. Przykro mi, że leki dla „rakowców” i „astmatyków”, i epileptyków, i „z problemami psychicznymi”, i itd, poszły też w górę. Przykład? A już…

Nasz „zastępcza mama”… Kobieta niewiele młodsza od Matuli, której córka zmarła na raka, choruje na astmę! Powiedziała: „Misiu! Załatwisz mi leki?”, bo co miesiąc specjalnie stoję w kolejce w „mojej” aptece, realizując recepty, wyszukując z farmaceutkami zamienników. Zresztą staję się powoli specjalistą i czasami bardziej jestem zorientowany niż niejeden farmaceuta. Wczoraj się popłakała, gdy razem z Panem B. sprawdzaliśmy ceny dla niej i jej znajomej, która choruje naParkinsona i Alzhaimera. Na astmę, jeszcze, jak cię mogę – jakieś 10 złotych wziewne, ale Singulair – ten też musi brać wieczorem – kosztuje jakieś 130 złotych. Exelon na Parkinsona i Alzhaimera jakieś 250 złotych.

Czy politycy nie mają chorych w swoim otoczeniu? Czy może ten cały burdel działa na zasadach, jak za komunizmu? Wtedy policjant, lekarz i inni „lepsi” wchodzili na zaplecze sklepu i od kierowniczki dostawali kawał mięcha, który nie pojawił się na ścianie mięsnego. Ostatnio wybuchła afera „stoenowsko-lotowska”. Kolejna szykuje się?

Błagam, niech nikt nie pisze tekstu w stylu: „Zrezygnuj z renty i idź do pracy!”. Mało prawdopodobne przyjęcie niepełnosprawnego (nie widać tego po mnie), jeśli nie przejdzie badań u lekarza medycyny pracy. A jeśli nawet, to wskazanie np. „niedowidzenia” na oko w 90 % wykluczy mnie z grona pacjentów. Do AIDS nie muszę się przyznawać, bo i tak nikt się nie zorientuje… Poza tym, jeśli ktoś to napisze, to proponuję, by mi znalazł pracę, biorąc pod uwagę cukrzycę i torbiel na trzustce (niemożliwość pracowania fizycznie, choćbym chciał)…

Konkluzja!?

POLITYCY! Leczcie się w psychiatryku, choć nie jestem pewien, że to wam pomoże… Może powinienem spróbować dorwać się do „koryta” i zarobić więcej kasy albo wreszcie doprowadzić do coming outu polityków? Ciekawe, co by się okazało? Więcej skurwieli czy ludzi?

LEKARZE! To nie tylko Wasza praca, ale powołanie. Bądźcie ludźmi.

APTEKARZE! Frontem do klienta! Jakby nie było, jesteście biznesmenami. A klient to Pan…

DO WSZYSTKICH POWYŻEJ! Nie róbcie wiochy! Rozumiem, przepisy itd, ale większość z Was i tak do nich się nie stosuje.

LUDZIE! Błagam – tym razem naprawdę. Wymagajcie od lekarzy przeprowadzenia badań. Z tego, co mi wiadomo, raz albo dwa razy w roku można mieć zrobione kompleksowe badania. Wbrew pozorom, cukrzyca jest podstępną chorobą, potrafiącą nagle się pojawić, oczywiście, po niestosownym „prowadzeniu się” (czytaj: jedzeniu, nadużywaniu używek itd… ).NIE OPŁACA SIĘ CHOROWAĆ! W tej sferze robimy się bardzo europejscy, ba, światowi… Drugą sprawą są nasze dochody, które odbiegają od tych europejskich! Niemniej jednak, szanujcie się i nie doprowadźcie do tego, co ja teraz przeżywam. Mam wrażenie, że lepiej „zdechnąć” niż chorować. Ba! Uważam, że cała akcja do tego prowadzi i … doprowadzi.

Życzę zdowia… ale jest monotematyczny, co nie? A, co tam…

Nieufny


2.01.2012

NOWY ROK SIĘ ZACZĄŁ 1-2/01/2012

Sylwester – dzień, w którym można się wyszaleć…

Czy szczerze cieszymy się z przyjścia nowego roku i dobrze bawimy? Czy tylko na pokaz?

Przeżyłem już trzeci sylwester na trzeźwo. Rzeczywiście, zdecydowanie inny niż poprzednie. Z każdym kolejnym rokiem dostrzegam, że bez alkoholu i narkotyków można również doświadczać tego samego, co kiedyś, dobrze się bawić. Poprzednie? Hm… Jaki sylwester był najlepszy? Te, których teraz doświadczam czy wcześniejsze?

Wczoraj spędziłem sylwestra w domu. Jeszcze nie miałem na tyle odwagi i siły, by pojawić się gdzieś na imprezie. Wszędzie wyzwalacze. Zbyt mocno je odbieram, przeżywam i później świadomie lub nie nakręcam się i wpadam w głód alkoholowy. I co potem? Hm… wypić i zaćpać – tylko taka myśl odbija się po resztach tego, co zostało :D

Spokojnie, razem z Panem B. siedzieliśmy i oglądaliśmy filmy na kompie. Zbliżała się dwunasta i… nie było szaleństwa, nie było wymyślonych życzeń, jedynie: „Wszystkiego najlepszego.”. Był lekki pocałunek i uśmiech na twarzy. To wystarczyło. Nawet nie rozdrażniło mnie jego pytanie i stwierdzenie: „Co? E, tam, marudzisz.”. Cały on! Dla mnie ten dzień jest dniem, takim samym, jak pozostałe. Nie bawi mnie już imprezowania, nie, dlatego, że unikam ich ze względu na używki, ale chyba – zwyczajnie, wyszalałem się. Co roku wysyłałem niezliczoną ilość życzeń. Tym razem wysłałem kilka sms do osób, z którymi najczęściej rozmawiam. Dostało mi się od Pana B.: „Ej! Gruby (to ostatnio używana przez niego złośliwość) oszczędzaj! Po co wysyłasz sms?”. Oczywiście jedna z sieci zawaliła, jak co roku. Tak, więc wysyłanie zakończyło się szybko. Później było… hm… pozostawię to dla siebie, chyba nie nadaje się na blog dalsza część.

W zeszłym roku również spędziłem sylwestra z Panem B. To były nasze pierwsze wspólne witanie nowego roku. Trochę inne niż to wczorajsze. Bardziej spontaniczne? A może to efekt wzajemnej fascynacji?

Najbardziej jednak ze wszystkich trzech ostatnich lat pamiętam pierwszego sylwestra – pierwszego trzeźwego. Rok 2009 – przełomowy w moim życiu. Po kilku miesiącach spędzonych na oddziale SPA i kilku kolejnych miesiącach dojeżdżania na kroplówki, wreszcie mogłem odpocząć. Byłem trzeźwy. Podjąłem wtedy leczenie, które musiałem przerwać ze względu na niską odporność. Zakaz przebywania w większej grupie, by nie „złapać” niczego więcej, wtedy ptasiej grypy… Lekarze byli bardziej przerażeni niż ja. Ich przerażenie odbiło się na mojej psychice. Czułem się samotny, zależny i jak zbity pies. Zostałem w domu, leżąc na kanapie przed telewizorem. Tylko jeden telefon z życzeniami, od sp. Krzysia – mojej „siostry”. I nic… Ryczałem jak bóbr. Nie mogłem zrozumieć siebie. Zadawałem sobie pytania: „Dlaczego…?”. Nie poszedłem na rynek, bo wiedziałem, że będą tam pijani, alkohol lejący się strumieniami, a ja nie będę mógł się napić. Wtedy jeszcze nie potrafiłem sobie tak radzić z wyzwalaczami i głodem alkoholowym. Sylwester pełen refleksji, przemyśleń, wspomnień i łez.

A wcześniejsze?

Pierwszy w Warszawie. Zakochany 24 latek. Pragnąłem spędzić sylwestra z ukochanym, z Wojtkiem. Nie mogłem, ale wszystko robiłem, żeby chwilę być sam na sam z Wojtkiem. Udało się namówić, żebyśmy poszli gdzieś na kilka godzin. W domu afera, pozostawiona żona z dzieckiem. Wtedy nie robiło to na mnie wrażenia, chciałem być z ukochaną osobą. Poszliśmy do jakiejś knajpy na organizowanego sylwestra. Niestety, jak później się okazało Wojtkowi chodziło tylko o jedno – seks… Po północy, w nerwach wróciliśmy do domu.

Kolejny sylwester spędzałem ze znajomymi, z którymi jeszcze wtedy utrzymywałem kontakt. Niestety niewiele pamiętam. Jedynie to, że obudziłem się nagi w łóżku z trzema kumplami. Boląca głowa, totalny kac, do którego nie potrafiłem się przyznać. Szukałem jakiegoś alkoholu. Musiałem się napić. Musiałem jakoś stanąć na nogi, a wydawało się, że tylko klin mi pomoże. Później usłyszałem, co robiłem. Bawił mnie każdy fragment „opowieści”, byłem dumny ze swych wyczynów. Chyba nie chcę ich pamiętać, bo teraz trudno mi o nich pisać. Jedyne wspomnienie to zdjęcie. Nas czterech objętych. Wojtek nie wiedział o niczym, tylko, że była impreza. Wtedy pierwszy raz odczułem jego zazdrość, strach i niezadowolenie.

Jednego roku załatwiłem sobie faceta na całą noc. Po kilku dniach ćpania musiałem przeżyć „zejście”, a najlepszym sposobem był alkohol. Pamiętam prawie wszystko, do momentu, kiedy urwał mi się film. Pamiętam, że seks był taki, jaki chciałem, ale … niestety, to tylko fragmenty. Dziwne, urwał mi się film, a zachowywałem się, jakbym był trzeźwy. Mówiłem, dyskutowałem i …

Kolejne były samotne, kiedy wypijałem 0,7 litra wódki. Nie dawałem rady dotrwać do północy. Po wypiciu, „na chwilę” kładłem się, patrzyłem w telewizor i zasypiałem. Budziłem się nad ranem skacowany. Z ogromnymi wyrzutami i poczuciem winy.

Każdy sylwester był związany z alkoholem i amfetaminą, które prowadziły do zachowania bez jakiegokolwiek zahamowania.

Dlaczego o tym piszę?

Z pewnością, by pamiętać. Jednak jest jeszcze inny powód…

Myślę, że wszyscy patrzyli na jakieś wiadomości, migawki związane z imprezami sylwestrowymi. Pewna część wypowiadających się imprezowiczów była pijana lub naćpana. Ten, kto nie doświadczył tego stanu mógł mieć problem z wychwyceniem. Ja nie miałem. Przeraziłem się. Czytając różne artykuły wnioskuję, że Polacy piją inaczej niż kiedyś. Ponoć degustują alkohol? Poza tym doniesienia w mediach... Tylko w nowy rok 500 zatrzymanych kierowców pod wpływem alkoholu! Hm… czy naprawdę tak trzeba? Czy nie można inaczej? Trzeźwo? Odpowiedzialnie?

Powiem tak. Można! Trzeba tylko chcieć!

Mimo, że jako alkoholik nie powinienem tego pisać, przyznaję – zabawa pod wpływem jest zdecydowanie lepsza niż na trzeźwo. Może, dlatego, że nie miałem wtedy żadnych zahamowań? Muszę się nauczyć nowego życia. Nie dla wszystkich jest alkohol i dragi! Z pewnością NIE DLA MNIE! I niech tak zostanie, ale może niech każdy zastanowi się czy stosowane używki też na nich zgubnie nie działają?

Jestem zadowolony z… 25 grudnia przyjąłem jako datę odstawienia alkoholu i narkotyków. Nie pamiętam ostatniego dnia ćpania. Pamiętam, że w 2008 roku jadąc pociągiem na święta do rodziny piłem ostatniego drinka. Później dostałem przedostatniego ataku trzustki. Minął trzeci rok bez alkoholu i szósty bez narkotyków. Oby kolejny rok też taki był…

Nieufny

Jeszcze raz wszystkiego dobrego wszystkim życzę. :)