19.01.2012

AMBICJA I BRAK KONSEKWENCJI 17-19/01/2012

W horoskopie napisali: „Nie bądź zbyt ambitny i nie bierz na siebie zbyt wiele..”. Czy coś w tym stylu…

Rzeczywiście, tym razem moje możliwości przerosły ambicje i plany. Nie zdołała wszystkiego zrobić. Czuję złość z powodu braku konsekwencji przede wszystkim w związku z pisaniem kolejnych notek. Niestety zwyciężyli lekarze, badania, w końcu wykonane zlecenie i moja rodzina, zwłaszcza mama.

Tak, plany – planami, ale z ich realizacją różnie bywa…

A w sumie wiele się wydarzyło... mam o czym pisać. Muszę się jakoś ogarnąć.

Obiecałem sobie, że napiszę notkę o relacjach matka – syn. Zacząłem i nie mogę skończyć. Również z powodu braku weny twórczej. Zresztą nie wszystko poukładałem sobie w głowie w tej kwestii i przez to nie potrafię przelać tego na papier.

Dziś kolejne badania, wizyta u lekarza, ustalenia terminów kolejnych badań i … wreszcie powrót do Pana B.. Odetchnę i będę miał trochę spokoju, by skupić się na sobie…

Nieufny

ps. dziś ostatni dzień głosowania...


17.01.2012

DRŻENIA SAMOISTNE 15-16/01/2012

Kolejna wizyta w SPA. Kilku lekarzy w rejestracji… „Ty, patrz, to znowu on! Coś boli? E! Kwitnąco Pan wygląda…” usłyszałem. Wszyscy się roześmiali, włącznie ze mną. Rzeczywiście przez ostatni tydzień bywałem w SPA prawie codziennie. Tym razem w grafiku był neurolog. Epi – kolejne moje przekleństwo. Do dziś jest dla mnie traumą. Samo wspomnienie ataków przeżywanych przez ośmiolatka napawa mnie strachem. Dlatego, wiedząc o czyimś epi i widząc atak, mimo, że jestem trzeźwy na umyśle i wiem, co robić, to po wszystkim nie mogę szybko dojść do siebie. Nikomu nie życzę tej choroby. Choć i z nią można się oswoić i życie już teraz stało się inne dzięki lekom, to i tak bywa ciężko.

W czasie wizyty w końcu wymusiłem na lekarce skierowanie na EEG. Nie mam przecież od 1978 roku ataków i męczy mnie branie leków. Chciałbym od tego odpocząć. Muszę gdzieś iść jeszcze na konsultację do innego neurologa.

Właśnie przeczytałem zaświadczenie, które na moją prośbę wypisała, żebym złożył do ZUS i … napisała „ Drżenia samoistne na pewno nie ustąpią”. No, ładnie. Będę się męczył z tym kurestwem. Zdenerwowanie, podniecenie i kilka różnych, innych czynników przyczynia się do tego, że drżenie lewej ręki nie jest do opanowania. Przyzwyczaiłem się do drżenia rąk, głowy, ciała, staram się wręcz je opanować. Niestety, niektórzy zauważają to i różnie reagują. Czasami krzykiem, wyzwiskami i ostrymi komentarzami. Jestem już w słusznym wieku i staram się nie reagować lub odwrotnie – rzucać ostrą, konkretną ripostę, ale … żal mi młodych ludzi. Wiem, co muszą przeżywać, kiedy nagle dostają ataku, a ludzie nawet nie chcą lub nie wiedzą jak pomóc. Kolejna choroba, o której powinno się mówić… eh

Dziś o 4 rano wyszedłem z psem. Wow… Skrzypiący śnieg pod nogami, prószący śnieg, cisza, spokój... Jedynie od czasu do czasu przejeżdżające jakieś auto lub autobus i ludzie (dozorcy) odśnieżający chodniki, po czym rzucający piasek, jakby siali zboże. Ale to miasto. Brakuje mi tego spokoju w ciągu dnia. Inaczej jest na wsi… oj, pamiętam… dom, choinki, lasy na około, jelenie za płotem, dziki próbujące przekopać się pod siatką i psy i koty zachwycające się śniegiem…

Się romantycznie zrobiło. :) Na chwilę zapomniałem o problemach… a miałem napisać o relacji matka – syn… bo, moja Matula zaczęła znów przeginać... oj, za mocno. Szykuję się na aferę, którą tym razem sam wywołam... o relacjach może dziś wieczorem lub jutro rano.

Nieufny

ps. może jeszcze ktoś zagłosuje? :)


15.01.2012

WPŁYW PICIA NA ZDROWIE

Piłem… Mówiłem „konserwuję się od środka”. No, tak… wtedy, kiedy piłem, nic nie czułem. Przestawałem – zaczynałem chorować. No i … znowu piłem.

Ćpanie? Nie wiem, chyba dawało uczyło mnie odwagi, pewności siebie. Pozorne? Być może, ale śmiało powiem, że jednak czegoś dzięki ćpaniu się nauczyłem. Będąc na „zjeździe” miewałem wizje, omamy i … znowu ćpałem dla równowagi.

Wszystko pozorne. Dopiero później to zrozumiałem. Dopiero po odstawieniu wyszło, jak zgubne były używki. Wiedząc, że nałogi są zgubne i mogą mnie uśmiercić, przestraszyłem się, gdy rzeczywiście prawie mnie zabiły.

Czy rzeczywiście od początku nałogi źle nie wpływały na moje zdrowie? Tak, oczywiście, ale pijąc i ćpając miałem to gdzieś. Chodziło, żeby sobie ulżyć i zapomnieć o wszystkim, wejść w swój świat.

Być może, piszą kolejne „12 kroków” powtórzę już opisane sytuacje, ale…

Zawsze szukałem okazji do picia. Mając dom, pieniądze byłem „kimś”. Cóż, prawdę mówiąc – sponsorem. Nikim więcej. Razem z Wojtkiem organizowaliśmy weekendowe balangi. Raz kupiliśmy 2 litry wódki. Uuuu … działo się, aż za wiele. Wypiłem a właściwie upiłem się. Osiągnąłem dno – urwał mi się film… Po weekendzie pojechałem do firmy. Dopiero po dwunastej. Obowiązki bardziej mnie męczyły, nie byłem w stanie nic robić. Wzmagało się pocenie, drżenie, zacząłem wręcz sinieć. W biurze panika a ja przestraszony odkładałem wyjście do lekarza. W końcu osuwając się, poszedłem do pobliskiej kliniki. Lekarz stwierdził, że mam zawał. Ciśnienie wysokie, bliskie 220/180, puls jak pędzące stado koni… Zamglone oczy, ciemne plamy, coraz częściej pojawiające się. W końcu zmuszony zostałem do pójścia na ich dzienny oddział, prywatną salę. Podpięty pod kroplówkę odpowiadałem na pytania lekarza: „Tylko trzy drinki wypiłem w weekend, nic więcej”. Akurat! Co najmniej litr wódki a później Wojtek przypomniał mi, że dobiłem się extasy w ramach „lepszego” seksu… Przysłano psychologa, psychiatrę. Oni mówili a ja nie słuchałem. Myślałem: :”Co ja Qrwa robię? Zabijam się przecież.” Panikowałem tym bardziej widząc kapiący jakiś płyn w kroplówce. Chciałem, żeby przestali gadać „głupoty”, bo ja nie mam problemu z niczym. Chciałem uciec, zostać sam. Poczułem się niezrozumiały, samotny, odrzucony, przygnębiony. W czasie trzeźwienia, również dzięki kroplówce, wpadałem w coraz większy dół. Dali mi jakieś leki, chyba relanium, każąc pojechać do domu, odpocząć. Dobiła mnie wizyta Wojtka, którym został powiadomiony przez sekretarkę. Wszedł i powiedział: „Wreszcie się doigrałeś. Masz za swoje!". Wtedy lekarze po raz pierwszy powiedzieli, że mam nadciśnienie. Przepisali leki i kazali pójść do lekarza prowadzącego i ustawić dalsze leczenie. Przepisując leki usłyszałem: „Proszę nie pić. Nie może Pan pić biorąc te leki”. Hahaha… Później leki popijam drinkami. Idiota! To słabo powiedziane. Poza tym, wiedziałem, że w mojej rodzinie są osoby z nadciśnieniem. Niektórzy byli po zawałach, innych zabił wylew… Wiedziałem i … piłem. Swoim piciem przyspieszyłem swoje nadciśnienie, które leczę już od 26 roku życia. Alkohol swoje zrobił…

W miarę większej tolerancji na alkohol, pijąc go jeszcze więcej, zaczęły pojawiać się problemy z koncentracją. Wcześniej zasmakowałem amfetaminy, która dawała luz i burzyła bariery związane z seksem. Sprytnie… Zauważyłem, że nie chcą odczuwać za mocno „puszczania” wódki (nie mówiłem, że mam kaca… miałem mocną głowę wrrr) należy ratować się amfetaminą. I na odwrót, nie chcą odczuwać zejścia amfy należy wypić kilka drinków. No i … pojawiło się uzależnienie mieszane. Prócz tych używek, przepisane leki na uspokojenie, nasenne i relanium były podstawą każdego dnia. Nie chciałem się męczyć i waliłem w siebie wszystko, co możliwe. Później po relanium piłem… Qrwa! Tragedia! Bawiłem się dobrze…

Zaczęły się bóle brzucha, problemy z jedzeniem. Pojechałem na Banacha, do jakiegoś dobrego profesora. Nie pytał o nic, przepisując na końcu Campral i relanium, bym przestał pić. Oczywiście zrobił gastroskopię i usg. Qrwa! Wrzody na żołądku i dwunastnicy, powiększona wątroba, ogromne odtłuszczenie wszystkich organów wewnętrznych. Czy te informacje coś zmieniły? Wtedy tylko na chwilę. Wytrzymałem jakieś 1.5 miesiąca, żyjąc w strachu wprowadzonym przez profesora. I … dalej piłem. Po badaniach, rozmowie z profesorem, straszeniem i przepisaniu Campralu wierzyłem, że się uda. Zrozumiałem, że jest mi potrzebna pomoc. Jednak w miarę odczuwanych objawów odstawiania alkoholu, nie wytrzymałem. Qrwa! Wolałem pić, niż przechodzić to wszystko. No i znowu… piłem. Byłem rozczarowany, że Campral i relanium nic nie dały. Złościłem się bardziej na innych niż na siebie, obwiniając wszystkim moją sytuacją. Gorycz, rozpacz… niemy krzyk – wołanie o pomoc w myślach, nie potrafiąc i nie chcąc do końca poprosić o pomoc. Uważałem, że wszyscy powinni zauważyć, co się dzieje i sami powinni pomóc…

Po rozstaniu z Wojtkiem nie mogłem się odnaleźć w nowej sytuacji. Zacząłem więcej pić i ćpać, zawalając wiele obowiązków, próbując obciążyć nimi współpracowników. Zdołowanie i osamotnienie stawało się większe, pogłębiały się jeszcze bardziej po zażyciu używek. Myślałem o samobójstwie chodząc godzinami po mieście pod wpływem amfetaminy, zatrzymując się na moście łazienkowskim, wpatrując się we wszystko co poniżej. Całą złość i potrzebę bycia z kimś, miłości przeniosłem na seks. Nie ważne, z kim, gdzie i jak. Bawiłem się jeszcze bardziej po zażyciu amfetaminy. Zwyczajnie tęskniłem za Wojtkiem, za tym, co było. Chciałem zacząć jeszcze raz spróbować… wybaczyć… Nie potrafiłem podjąć żadnej rozsądnej decyzji, nie mówiąc o proszeniu o pomoc. Nie liczyłem się z konsekwencjami. Wtedy pojawił się Krzysztof. Jednak nie byłem zdolny do nowej miłości, do związku, tęskniąc za poprzednim. Zawaliłem nawet to, zniszczyłem, oszukując go na każdym kroku.

Dzięki badaniom, jakie zrobiliśmy dowiedziałem się o HIV. Konsultacje z lekarzem zakaźnikiem i psychiatrą nic nie pomogły. Miałem przecież więcej szczęścia niż inni. Tylko – „czysty” HIV, bez innych dodatków. Tak… po miesiącach „niezdrowego” prowadzenia się wpadła w odwiedziny kiła. Z tego powodu wylądowałem na Wolskiej, leczony kilka dni penicylyną, kłuty kilka razy dziennie i sączący kroplówkę. No i… wtedy okazało się, że oprócz nadciśnienia mam jeszcze cukrzycę, wtedy tą lżejszą, z możliwością leczenia lekami. Leżąc w szpitalu miałem okazję wypić. Oddziały te słyną z picia wódki i ćpania. Pamiętam, że upiłem się tak, że doprowadzono mnie do łóżka i znajomi pilnowali, żebym spał, nie wydając siebie i innych przed lekarzami. Później już nie piłem. Po wyjściu ze szpitala udało mi się wytrwać kilka tygodni. Tak, znowu piłem… wtedy odporność z miesiąca na miesiąc szybko spadała…

Udało mi się znaleźć pracę. Powinienem dbać o to, co zyskałem, o kolejną szansę. Jednak nie potrafiłem. Szukając okazji, piłem nawet w pracy. Tłumaczyłem się dużym stresem, ilością spędzanych tam godzin… Próbuję odzyskać do siebie szacunek. Jak można tak było robić? Pic podczas pracy. Nie ważne, że z szefem. Okazja, każda, jak inna a ta była najlepsza. Miałem wytłumaczenie – szef zaproponował. Doszło do momentu, kiedy piłem cały dzień. Rano klin, w pracy dwa kieliszki przy kawie, po powrocie do domu butelka wódki. Jadłem tylko winogrona i śledzie w śmietanie… Tak, odpowiednie pożywienie … Piłem, nawet popijając brane leki. Znajomi mówili: „Qrwa! Opamiętaj się! Po co bierzesz leki na obniżenie ciśnienia, kiedy i tak podwyższasz je z powrotem wódką?”. W końcu doprowadziłem do tego, że zacząłem mieć odruchy wymiotne. Paliłem – chciałem rzygać, piłem – chciałem rzygać, kaszlałem – chciałem rzygać… Ale dalej piłem. To było silniejsze. W któryś weekend przyjechała Matula. Trzeźwy odebrałem ją na dworcu. „Synu. Ugotuję rosół. Na pewno Ci pomoże” – usłyszałem. Problem w tym, że nie chciałem i nie mogłem nic jeść. Zmuszony wypiłem rosół i … tu się zaczęło. Wizyta u lekarza, który przestraszył się, że mam skręt kiszek. Wylądowałem w szpitalu na Bielańskim z pierwszym atakiem trzustki. Qrwa! Ból, na który nie pomagały żadne leki przeciwbólowe. I tak odstawiono mnie na bok, zmuszając do spania na izbie przyjęć przez dwa dni, gdy dowiedzieli się, że jestem seropozytywny. Leżałem kilka dni pod kroplówką. Chciałem pić wodę, coś zjeść – nie mogłem. Męczarnia, choć ból mniejszy. Psychika mi siadała. Obawiałem się, że stracę pracę, dzięki której jakoś żyłem. Lekarz wręczając wypis powiedział: „Zero alkoholu. Ścisła dieta. I powodzenie i do nie zobaczenia mam nadzieję”. Patrząc na niego miałem wrażenie, że drwił ze mnie. Kolejny facet, który i tak znowu wyląduje w szpitalu. Wytrzymałem miesiąc a później… powrót do tego pieprzonego bagna. Piłem więcej, w samotności, do lustra. Życie opierało się na praca, dom… nawet nie musiałem nigdzie chodzić. Nie chciałem imprezować. Po co? Żeby gadali bez sensu i psuli mi komfort picia?

W 2008 roku pojechałem do rodziców na święta. Zwolnili mnie, bo sprzedali firmę. Jeszcze w pociągu piłem wódkę i wmawiałem im, że nie piję od października. Po raz kolejny, w święta dostałem ataku OZT. Wylądowałem w miejskim szpitalu, leżąc w nim jakieś dwa tygodnie. Wtedy już byłem wychudzony. Ważyłem 55 kilogramów. Szkielet… Ostatecznie zostałem u rodziców, przed czym broniłem się jak nigdy. Powrót oznaczał totalny upadek, przyznanie się do porażki. Kolejne ataki. Byłem zrozpaczony. Przecież ostrzegano mnie, co może zrobić ze mnie picie. Niewielu wiedziało o amfetaminie. Zresztą przestałem ją brać chyba w 2005 roku.

W szpitalu prawdopodobnie złapałem gruźlicę. Na sali leżeli bezdomni z ulicy… W końcu wylądowałem na oddziale SPA. Tam zaczęły budzić się wszystkie choroby, uśpione do tej pory przez „konserwanty”. OZT, gruźlica, cytomegalowirus, zakrzepica nóg, zapalenia płuc i opłucnej, ciągła wysoka temperatura, depresja, odnowiona epilepsja… Qrwa! Postawili mnie na nogi i nie piłem. Byłem w fatalnym stanie. Zacząłem myśleć o terapii, na którą w końcu zdecydowałem się. Zresztą nie miałem wyjścia, ponieważ był to warunek bym dalej mógł mieszkać u rodziców.

Teraz pisząc o tym wszystkim, żałuje, że doprowadziłem się do takiego stanu. Musiałem naprawdę dotknąć dna, żeby zrozumieć, że żyję dla siebie, dopiero dla kogoś a nie jak wcześniej mówiłem..

Sądzę, że i tak nie napisałem o wszystkim. To temat rzeka…

Dlaczego dzisiaj o tym piszę?

Cóż, butelki w barku stoją. Dzięki notce, kolejny raz przerabianym temacie częściową odetchnąłem. Mogą dalej stać. Do wieczora dam radę.

Mam nadzieję, że nie wrócę do picia… Niech każdy pomyśli o skutkach picia…

Nieufny