23.01.2012

POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA

Dzisiaj rozważania na temat poczucia bezpieczeństwa.
Wiele pytań. Niewiele odpowiedzi, z czego część jest udzielanych bez przekonania.

Zapraszam na nieufny.blog.pl

22.01.2012

INFORMACJA

Przenoszenie stycznia nastąpiło...

Jednak wstrzymuję całą operację. Powód? Przyzwyczaiłem się do tamtego bloga. Jest łatwy w obsłudze. Poza tym łatwy do znalezienia na google. Wiele osób go czyta i chciałbym, żeby tak pozostało.

Nie zlikwiduję tej strony. Może z czasem na niej będę pisał, gdy zmieni się po
raz kolejny moje życie.

Będę natomiast wpisywał w posty tytułu notek publikowanych na nieufny.blog.pl.
Może dzięki temu dotrze więcej osób. Wyciągnie odpowiednie wnioski i spróbuje zrozumieć takiego człowieka, jak ja.

Pozdrawiam i życzę miłego dnia.
Nieufny

WPŁYW PICIA NA RODZINĘ I ŻYCIE PRYWATNE

Moja pierwotna rodzina i moje miejsce w niej

Wychowałem się w domu, gdzie ojciec był milicjantem/policjantem a Matula zwykłym pracownikiem biurowym. Przez pierwsze lata mojego życia, ojca nie było w domu, ponieważ zdobywał wiedzę i doświadczeni związane ze swoim fachem. Niestety niewiele pamiętam z okresu dzieciństwa. Pojawiają się pewne flesze z tamtego okresu - te przyjemne, radosne i dobre oraz nieprzyjemne, smutne i złe. Chyba bardziej utkwiły mi w pamięci te ostatnia. Pamiętam, że jak ojciec zjawiał się w domu i widział jak bawię się lalką, wyrażał swoją dezaprobatę, złość i niechęć. Przecież byłem pierworodnym, a tu … chłopak bawi się wszystkim tylko nie samochodami. W tym czasie istniała dla Matula. Ona była najważniejsza. Ona była blisko. Była opiekunką, gospodynią zajmująca się domem, pracującą kobietą. Odprowadzała mnie do przedszkola a brata do żłobka. Niestety nie należałem do „łatwych” dzieci, co wynikało chyba z mojej nadwrażliwości w porównaniu z rówieśnikami oraz z nagle pojawiającą się epilepsją. Choroba ta w jakiś sposób wpłynęła na moje myślenie, postrzeganie ludzi itd. Poza tym, za każdym razem jak przypomnę sobie chwile związane z epi, ataki jestem przerażony do tej chwili. Zastanawiam się, czy choroba i tamten okres, brak miłości i bliskości ojca nie wpłynęły na moje dalsze, destrukcyjne życie.

W domu rodzinnym byłym najstarszym dzieckiem. Ponoć upragnionym i nie mnie oceniać czy tak było naprawdę. Wpadli i nie chcę analizować tego. Z opowiadań wiem, że moja Matula musiała zrezygnować z dziennego liceum i przejść na wieczorowy tryb nauki. Cóż, wtedy źle było postrzegane, jak młoda kobieta urodziła dziecko, tym bardziej ucząc się w liceum. Wtedy z kilkumiesięcznym dzieciakiem, który bawił się z profesorką (albo ona z nim) zdawała maturę. Raz mi mówiono o tym w sensie pozytywnym – przecież zdała dzięki mnie maturę, innym razem w sensie negatywnym – przez ciebie musiałam zdawać maturę w wieczorowym liceum. Choć więcej było tych pozytywnych reakcji, to jednak te drugie utkwiły mi bardziej w pamięci. Tkwiły i tkwią. Trochę się to zmieniło, kiedy Matula jakieś dwa lata temu skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Studiując podobny kierunek do mojego pomagałem jak tylko mogłem i potrafiłem, nawet na odległość (wtedy mieszkałem jeszcze w Warszawie). Miałem satysfakcję, ponieważ mogłem odwdzięczyć się za jej pomoc w mojej nauce i wyjść z pewnego poczucia winy – zrekompensować jej okres, kiedy przyszedłem na świat i przyczyniłem się do zmiany jej życia. A przecież sam stwarzałem trudności wychowawcze i miałem na początku problemy z nauką. Wtedy ona poświęcała mi każdy wolny czas.

Mogę powiedzieć, że jako dziecko szybko dojrzałem, a nawet „zestarzałem się”. Wpajano mi od dziecka: „Jesteś najstarszy i musisz opiekować się braćmi. To Twój obowiązek.”. Kiedy ojca często nie było, a Matula miała pełne ręce roboty wracając ze szkoły odbierałem Sebastiana z przedszkola a później ze szkoły. Niechętnie wracam do tego okresu, ponieważ młodszy brat był silniejszy (nie tylko fizycznie), wykorzystywał moje słabości, nadwrażliwość. Stałem się dzieckiem bohaterem? I takim pozostałem – odpowiedzialnym, dającym przykład młodszym. Szczerze mówiąc nie lubię wspominać tamtego okresu. Dla ośmiolatka było gehenną odbieranie pięciolatka z przedszkola, który nie liczył się z moim zdaniem, dla którego starszy brat był tylko wzorem, który robił wszystko, byle na złość starszemu bratu. Na nic zdawały się moje prośby, krzyki, straszenie, próby przekupstwa. Robił, co chciał, wiedząc, że i tak nic mu nie zrobię. Rzeczywiście, bałem się, że jak mu wleję to bardziej ja dostanę od ojca. Już wtedy Sebastian był ważniejszy, tym „lepszym” dzieckiem.

Mając wpojone poczucie obowiązku, czułem się odpowiedzialny za Sebastiana, zwłaszcza, kiedy zaczął uczyć się w szkole. Po spędzonym czasie w świetlicy wracaliśmy do domu. Jak to dzieci, zaciekawieni światem robiliśmy różne rzeczy. We mnie tkwił strach – nie wrócimy na czas do domu to będzie awantura, lanie smyczą, krzyk. Sebastian już na samym początku pokazał, na co go stać. Jak się okazało, w nim też górę brał strach. Dostał z czegoś dwóję i bojąc się ojca, chciał się utopić w Rawie. Moje błagania, płacz na nic się nie zdały. Były pożywką do drwin kolegów. Niedawno, rozmawiając o tym z Matulą dowiedziałem się, że Sebastian drwił ze mnie, szantażując mnie, bawiąc się moimi uczuciami. Poza tym okazało się, że mimo mojej odpowiedzialności dostałem lanie smyczą za to, że nie potrafiłem sobie poradzić z młodszym bratem. Ironia losu…

Pamiętam też okres, kiedy miałem 17 lat. Wtedy Sebastian miał 14 lat a Mirek 4 latka. Szybko uciekłem z domu. Po pretekstem nauki w szkole policealnej przeniosłem się do Babci. Oczywiście na początku nie nocowałem codziennie. Nie mogłem. Moi rodzice pracowali od rana do wieczora i ktoś musiał się zająć domem i braćmi. Co dwa dni a później coraz rzadziej przyjeżdżałem i zajmowałem się wszystkim. Kładłem Mirka spać, usypiając go, czytając mu książki albo opowiadając bajki. Niedawno to wspominaliśmy nawet. Nienawidziłem tego wszystkiego, ale kochałem go bardziej niż Sabka i chciałem, żeby miał jak najlepiej w życiu. Jednak szybko się poddałem. Nie ja powinienem wychowywać czterolatka.

Wspominając życie w tamtej rodzinie czuję zażenowanie i złość. Złość, że dałem sobą manipulować i wykorzystywać się, jaki byłem i dlaczego właśnie tak postępowałem. Poza tym, próbowałem sobie przypomnieć, jakie były relacje z moimi rodzicami, przede wszystkim z ojcem. Pamiętam częste awantury, widok nietrzeźwego faceta. Jako dziecko i później nastolatek leżąc i udając śpiącego, słyszałem wszystkie wyzwiska, wzajemnie do siebie rzucane, płacz Matuli. Nie raz płakałem. Nie raz, podczas kłótni krzyczałem, żeby byli cicho, że już nie mogę tego wszystkiego słuchać. Stawałem w obronie Matuli, wysłuchując później jej żalów na temat sytuacji w domu, ojca. Trwa to do dzisiaj. Zależność? Miłość? Toksyczna relacja? Inną sprawą jest ojciec. Nie miałem z nim dobrego kontaktu, choć i dla mnie był w pewnym momencie życia wzorem do naśladowania. Chciałem być do niego podobny. Co do mnie czuł a co ja do niego? Miłość? Zastanawiam się czy brak późniejszy relacji ojciec – syn nie wpłynął na moje dalsze życie? Czy ojciec sam nie miał i nie ma problemu z alkoholem?

Moja nuklearna rodzina i wpływ picia na nią.

Chcąc się uwolnić od rodziców uciekłem do Warszawy. Nie kontaktowałem się z nimi prawie 4 lata, nie jeżdżąc nawet na święta. Do tej pory wszyscy mi to wypominają.

Wtedy już zacząłem pić. Mając problemy ze sobą, z akceptacją siebie i swoich zachowań, zapatrywań oraz z pracą, własną firmą i długami a także ogromną odpowiedzialnością uciekałem w alkohol. Ogromy wpływ na uzależnienie miała również samotność. Chcą o tym wszystkim zapomnieć, piłem coraz więcej. Uciekałem w swój świat. Świat niespełnionych do końca marzeń.

Poznałem Wojtka i w końcu zdecydowałem się na wyjazd do Warszawy. Wtedy on stał się najważniejszą osobą w moim życiu. Stał się moją rodziną. Był jedyną osobą, jaką znałem w Warszawie. Oprócz partnerstwa (?) łączyła nas firma. To z nim i jego rodziną spędzałem każde święta, swoje urodziny itp. Wtedy zaczęły się prawdziwe problemy z alkoholem. Na początku piłem tylko lampki koniaku, małe drinki, aż stopniowo było tego coraz więcej. Pamiętam, że z początku Wojtek nie orientował się w tej sytuacji i o niczym nie wiedział. W pewnym momencie znalazł butelki schowane w szafie z ubraniami. Zaczął mi zadawać pytania na ten temat. Pytania bardzo nie wygodne. Zaczął mnie kontrolować, co bardzo mi przeszkadzało. Zaczął coraz mniej ufać.

Gdy moje picie sięgnęło zenitu, zaczęły się między nami sprzeczki, które stopniowo przeradzały się w awantury. Pamiętam, że kiedyś upiłem się do tego stopnia, że zrobiłem mu awanturę o jego małżeństwo i tego, że spędza mało czasu w firmie. Wyrzuciłem mu, że bierze z firmy za dużo pieniędzy, których tak naprawdę nie było. Były karty kredytowe i pożyczki. Widziałem, jak było mu przykro. Wiążąc się z nim znałem sytuację, wiedziałem o związku i dziecku. Awantura skończyła się pod drzwiami, gdzie stwierdził, że zostawia mnie z tym wszystkim. Byłem pijany i przerażony. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie poradzę sobie sam ze wszystkim. Chyba bardziej, niż to, że zostanę bez niego, bo zawsze mogłem znaleźć kogoś innego. Kiedy on odejdzie, ja będę musiał wrócić do rodziców. A przecież tak wiele tu osiągnąłem. Zdałem sobie sprawę z tego, że duży wkład w to wszystko miał właśnie Wojtek. W momencie, kiedy szybko „trzeźwiałem”, zacząłem błagać go, żeby ode nie odchodził. Że mój dom jest również jego domem. Przecież tylko jego znałem w Warszawie. Sam wtedy też dziwnie się czułem, najpierw robiąc awanturę a później prosząc, żeby został jeszcze w naszym mieszkaniu, nie szedł do swojego drugiego domu i w ogóle został w moim życiu. Pamiętam, że nie raz wspominał tę sytuację podczas kolejnych sprzeczek, awantur. Cały czas miał pretensje, że każę mu wybierać – albo ja, albo tamta rodzina. Czułem się winny. Było mi wstyd, że nie potrafiłem wszystkiego powiedzieć bez alkoholu. Od momentu, jak przestałem pić, uzmysławiam sobie, jak musiał się czuć. Totalnie skołowany, nie wiedział co ma zrobić. Jak mi pomóc? Jak sobie pomóc? Starał się dawać wszystko, co możliwe, dzieląc życie, miłość pomiędzy mnie i swoją rodzinę. A ja? Urządzałem awantury, doprowadzając do trudnych sytuacji. Z perspektywy czasu patrząc zdaję sobie sprawę też z tego, że on sam bał się, że straci dobre źródło kasy, w miejscu gdzie niewiele pracował i oddawał się często własnym przyjemnościom a nie tylko rodzinie. Miał wiele czasu, nie mając wykształcenia i doświadczenia w branży firmy.

Często zdarzało się tak, że zostawałem sam w wynajętym domu. By poprawić sobie humor i nie czuć się samotnym piłem wieczorami. Starałem się poczuć lepiej, zwiększyć swoje poczucie wartości i poprawić swoją kondycję psychiczną. Niestety później przekonałem się, że alkohol tak naprawdę działał na mnie odwrotnie. Czułem się jeszcze bardziej samotny, sam w pustym, wielkim domu. Robiłem wtedy, pod wpływem alkoholu rzeczy, których na trzeźwo nie miałbym odwagi zrobić. Jechałem taksówką, do knajpy, podrywałem kogoś i zapraszałem kogoś do domu. Tak naprawdę nie chciałem być sam. Nie chodziło o seks. Zresztą jak coś zaczynało się dziać, to szybko się kończyło, bo albo zasypiałem albo byłem tak nie przytomny, że nie mogło być żadnego seksu. Wypraszałem tę osobę z domuj, ponieważ zaczynałem rozumieć, że źle się ta znajomość dla mnie skończy. Zresztą czułem i tak, że zaraz mi się urwie film… pisząc o tym teraz, czuję się złość, wstyd, przygnębienie i … sam nie wiem. Patrzę na siebie, jako złego człowieka, który wyrządził wiele krzywdy Wojtkowi i innym.

Do alkoholu doszła amfetamina. Z początku miała dać pewnego rodzaju wyzwolenie w seksie. Zauważyłem, że bardzo rozluźnia i daje wiele możliwości. Starałem się ją wykorzystać w pracy. Rzeczywiście, mogłem kilka dni pracować, biorąc kolejna dawkę amfetaminy, kiedy poprzednia przestawała działać. Jednak pod jej wpływem skupiałem się na jednej rzeczy, próbując ją dopracować do perfekcji, zawalając inne, ważniejsze. Złudzenie dobrego działania… Piłem, ćpałem i wpadałem w depresję, zwidy, „ratując się” dodatkowo lekami.

Wynajmowaliśmy dom. Na piętrze było mieszkanie, na parterze i w piwnicy firma. Kiedyś pod pretekstem pracy, zszedłem na dół i zamiast pracować upiłem się ukrytym w moim biurze koniakiem. Miało to miejsce po jakiejś kolejnej awanturze. Wziąłem dodatkowo prozac. Obudziłem się na schodach między parterem a piwnicą. Nagi. Ponoć wchodząc po schodach, spadłem. Wszyscy widzieli mnie w tym stanie. Wojtek wystraszył się i doprowadziłem go do płaczu i załamania. Przestał sobie radzić z tym wszystkim. Ponownie zrobiłem awanturę, szantażując go, będąc o niego chorobliwie zazdrosny. Wtedy zaczął zastanawiać się nad wszystkim. Czy to ma sens? Podczas tej akcji, Wojtek zadzwonił do znajomej z prośbą o przyjazd i pomoc. Nie mogła. Wtedy dostał wsparcie od księgowych z firmy, które próbowały go uspokoić. Gdy Wojtek już wychodził do domu, obudziłem się, zorientowałem w sytuacji, którą próbowałem ratować. Qrwa! Co ja zrobiłem znowu? Przepraszałem, błagałem o wybaczenie, nie pamiętając wszystkiego do końca. Później zorientowałem się, że jeszcze … Zawstydzony i przerażony starałem się … Obiecałem ograniczyć picie. Jakiś czas wytrzymałem. Wracaliśmy do tamtej sytuacji. Ja czułem się winny, on ciągle powtarzał, że nie wytrzyma dłużej tego.

Kolejną osobą, na którą ogromny wpływ miało moje picie była Matula. Pamiętam, że kiedy się upijałem z Wojtkiem a on robił się agresywny i znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie, będąc totalnie nawalonym szybko dzwoniłem do Matuli. Nie zwracałem uwagi na godzinę, żaliłem się, płakałem prosząc o przyjazd następnego dnia. Po kilkuminutowym bełkocie, kiedy starała się mnie uspokoić, powoli trzeźwiejąc wycofywałem się z mojej prośby. Nie chciałem doprowadzić do konfrontacji z Wojtkiem; żeby mnie zobaczyła w takim stanie; nie ograniczyła komfortu picia. Ona cały czas nie podejrzewała wtedy, że piję. Przyjeżdżając widziała moje drżenia, kładąc ich nasilanie się na karb epi. Zapewniałem ją, że nie piję. W końcu Wojtek potwierdził jej podejrzenia i przypuszczenia – tak, piłem, nadużywałem alkoholu. Z początku była tym zaskoczona, tym bardziej, że mieszkając w mieście rodzinnym uchodziłem za przeciwnika alkoholu i narkotyków. Próbowała ze mną rozmawiać na ten temat i siłą zmusić mnie do zejścia na „dobrą” drogę. Niestety, nie zdając sobie sprawy z tego, potrafiłem na nią na tyle manipulować, że wmawiałem jej, że to był sporadyczny przypadek. Przecież to Wojtek próbuje nią manipulować, próbuje wziąć ją na swoją stronę i skłócić nas, prowadząc nawet do tego by mieć całkowity wpływ na naszą firmę. Matula nie radziła sobie z tym, była pierwszy raz w życiu w takiej sytuacji, wierzyła mi. Dopiero później, po latach przyznała się do tego, że zaczęła chodzić przeze mnie do psychologa, a później na terapię dla osób współuzależnionych. Wtedy zaczęła rozumieć problem, z jakim się borykam i zaczęła wiele rzeczy inaczej postrzegać, nie dawała sobą manipulować.

Matula musiała „dopracować” sobie do emerytury. Zatrudniliśmy ją i przyjeżdżała na tydzień w każdym miesiącu, pomagając nam, angażując się w firmie. Robiła większość rzeczy, których nienawidził Wojtek. Niestety, była również świadkiem naszych awantur, mojego, naszego picia. Pamiętam, że któregoś razu Wojtek poszedł spać wcześniej, a ja zostałem z mamą w salonie. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, w tym o piciu. Próbowała mi pokazać, że powinienem się leczyć. Ja jej tłumaczyłem, że mam nad tym kontrolę, panuję na tym. Sam siebie oszukiwałem. Nie potrafiłem się jeszcze wtedy przyznać do tego, że jestem uzależniony. Była to długa i szczera rozmowa. Później poszliśmy do mojej biblioteki i dalej rozmawiając, pracowaliśmy przez pewien czas. Pamiętam do dziś, jak po tym wszystkim, spojrzała na mnie i powiedziała mi, że mnie kocha i wierzy we mnie… i żebym jej obiecał, że już dzisiaj nie wypiję. Tak też zrobiłem – obiecałem. Jednak idąc z biblioteki, zahaczyłem o pokój teściowej. Na półkach jej szafy stały butelki niedawno zrobionego wina. Zatrułem się tym cholernym winem. Upiłem się, upadłem i straciłem przytomność. Matula usłyszała tylko huk. W końcu dostała się do korytarza na piętrze, przeciągnęła mnie do biblioteki. Nie spała całą noc, sprawdzając ciągle, co się ze mną dzieje. Wtedy po raz pierwszy puściło wszystko, co możliwe. Biblioteka była w fatalnym stanie. Wtedy, po rozmowie z Wojtkiem, Matula postawiła ultimatum – masz się leczyć. W końcu przekonany zgodziłem się na terapię, nie do końca dobrowolnie, ale nie miałem wyjścia. Mogła założyć sprawę w sądzie i zmusić mnie do leczenia. Sytuację wykorzystał też Wojtek, chcąc pomóc również sobie, manipulował Matulę, wmawiając jej wiele innych rzeczy, których nie robiłem. Oni ratowali siebie. Ratowali mnie.

Pisząc o tym wszystkim, próbuję wczuć się w sytuację osób, które skrzywdziłem. Nie rozumiem, dlaczego tak postępowałem, będąc kiedyś całkiem inny. Poczucie winy, wstyd, strach, zażenowanie… Trudno opisać mi uczucia.

Wiem, że wiele krzywdy zrobiłem bliskim. Wielu z nich odwróciło się ode mnie a ci, którzy zostali nie ufają mi i trudno będzie to naprawić. Smutek i żal do siebie za to co zrobiłem innym i sobie. Jednocześnie napięcie związane z samym wspomnienie tych sytuacji.

Cała treść jest moją pracą na terapii podstawowej. Poszerzoną o fragmenty, które sobie przypomniałem. Poza tym jej napisanie po raz kolejny jest efektem moich przemyśleń na temat relacji Matula – Syn w poprzedniej notce.

Konkluzja? Nie wiem jaka. Jedyna jaka przychodzi mi do głowy to: „ Nie wracaj do nałogu, bo zabije Cię w końcu. Niszcząc sobie życie, niszczy też innych, zwłaszcza tych, którzy mimo wszystko bardzo Cię kochają. Może bardziej ich niszczysz, bo większość nie rozumie, co zrobiła nie tak w życiu?”.

Życzę wszystkim miłego poniedziałku. Może notka wywoła pewne refleksje? Nie tylko nałóg może wywołać takie emocje…

Nieufny

Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.


RELACJA MATKA-SYN 20-21/01/2012

Nie pamiętam dokładnie zdarzeń z ostatniego tygodnia. Zresztą i tak nie zdołałbym o wszystkim napisać. Sprawy, które powinny być dla mnie istotne, zaczynają być błahe i odwrotnie… trochę się tej sytuacji boję. A może to efekt trzeźwienia, dojrzewania, przebudzenia? Sam nie wiem.

Tęsknię za Panem B.. Miałem dziś już pojechać, ale przedłużyła się wizyta u lekarza, dopadła mnie grypa jelitowa i wkurwiła po raz kolejny rodzina.

Za każdym razem, wyjeżdżając od Matuli czuję się wypalony, zdeptany psychicznie. Dochodzę do siebie kolejne dwa, trzy dni i wszystko odbija się na relacjach z Panem B.. Cały czas nie potrafię być na tyle silny, żeby powiedzieć wprost o swoich uczuciach w związku z konkretną sytuacją. Tłamszę to w sobie, co prowadzi do powiększenia się balonu i … boję się, że kiedyś pęknie. A znając siebie, wiem, że będzie to eksplozja, która może wiele zmienić. Słucham, słucham i dla świętego spokoju milczę, wychodząc z założenia „mój spokój – twoja racja” (sposób Wojtka).

W imię czego? Dlaczego się tak ciągle męczę? Po tych wszystkich dziwnych rozmowach, a może bardziej przyjętych, przyswojonych tekstach moje poczucie wartości spada poniżej zera, poczucie winy wbija mnie w głąb ziemi… To jest chore!

Przychodzi mi do głowy rozwiązanie: kolejna ucieczka przed rodziną albo … szczere wypowiedzenie swoich uczuć. Już uciekałem, więc to odpada. A szczerość w tym przypadku bardziej mi zaszkodzi niż pomoże. Muszę liczyć się z jej konsekwencją - wylądowaniem na bruku.

No i w tym momencie ogarnia mnie strach. Co wtedy? Co dalej? Z drugiej strony może byłby to sposób, że szybciej stanąłbym na nogi? Chyba jednak nie mam tyle odwagi, żeby próbować. Wystarczy mi kilkumiesięczne życie w parku, na ulicy… Niestety, cały czas jestem uzależnionych od starych. Próbuję to zmienić, ale nie jest to wcale łatwe. Poza tym, jeśli całkowicie wyjdę z domu, tym razem nie będę miał już możliwości powrotu. A nie daj bóg popłynąłbym z wódką…

Szanuję ludzi, zwłaszcza moją Matulę. Pytanie czy to uczucie jest prawdziwe, czy wymuszone przez kulturę, przykazania lub wpojone w dzieciństwie zachowanie? To kolejny, ciekawy temat do omówienie, przeanalizowania.

W miarę trzeźwienia, dojrzewania na nowo staram się mówić wprost o swoich uczuciach. Stosuję również tę zasadę w stosunku do Matuli. Czy coś to zmieniło? A gdzie tam! Jest jeszcze gorzej niż było. Potrafi po raz kolejny wykrzyczeć mi, że jestem tu - u nich z powrotem dzięki niej; to ona postawiła mnie na nogi; to ona jeździła do szpitala; to ona płaci za leki itd… i dlatego - mam milczeć i robić, co ona chce.

Być może mówi to w złości i później żałuję, niemniej jednak słowa padają.

Popatrzyłem i po raz kolejny, jak mantrę powtórzyłem: „Przeprosiłem Cię wiele razy. Dziękowałem również wiele razy. To, po co do tego wracasz?”. Jaka była odpowiedź: „Bo chcę, Ja wszystko mogę a Ty nie jesteś u siebie”.

Qrwa! Niech to szlag!

*Przy okazji - gdzie jest mój dom? Gdzie mam swoje miejsce? W życiu zrozumiałem, że nie należy przywiązywać się do ludzi i rzeczy, ale chciałbym się czasami czuć, jak u siebie, bezpieczny. Jakąś namiastkę tego dostaję od Pana B., ale poprzednie związki, zwłaszcza z Wojtkiem nauczyły mnie: „Uważaj! Nawet, gdy ktoś mówi: czuj się, ja u siebie; to też twój dom, musisz brać na to poprawkę. Nie przyzwyczajaj się…”.

Uczą mnie, żeby być szczerym, mówić o uczuciach, rozmawiać i być asertywnym. Taaa! Łatwo mówić… Przekonuję się często, że szczerość robi więcej mi krzywdy. Tym bardziej asertywność.

ROZMOWA! Czy naprawdę trudno jest rozmawiać? Wystarczy chcieć! Nawet w emocjach, za które zawsze można przeprosić. Po co robić „focha” i …?

Obawiam się, że moje relacje z Matulą nie są do końca prawidłowe.

Jako nastolatek miałem potrzebę rozmowy, dzielenia się swoimi radościami i smutkami, codziennym życiem. Niestety, nie miałem przyjaciół. Koledzy unikali kontaktu, bo bardziej lgnąłem do towarzystwa dziewczyn a takie zachowanie drażniło również dziewczyny (z czasem się to zmieniło). Cóż, pozostała najbliższa osoba. Stała się nią Matula… Z upływem czasu sama zaczęła zadawać pytania. Niechętnie odpowiadałem na wszystkie, tym bardziej rozjuszony tekstem: „Ty ze mną już nie rozmawiasz… itd.”, który powodował u mnie wyrzuty sumienia. Odpowiadałem, choć nie miałem ochoty na zwierzenia. Zresztą, w liceum, kiedy wpadłem na pomysł „coming out-u”, otaczałem się kobietami i miałem z kim rozmawiać. Dziwne zachowanie, wypracowane w ramach wychowania – jesteś dzieckiem, mów wszystko rodzicom a oni Ci doradzą, zrozumieją i pomogą. Zero prywatności. Tak było u mnie w domu we wczesnych latach.

W końcu wyprowadziłem się. Najpierw do Babci, pod pretekstem dobrych dojazdów do szkoły. Później do Warszawy w związku z pracą i Wojtkiem, o którym dowiedzieli się jakiś czas później. Wtedy trochę odetchnąłem. Zresztą moje stosunki z rodziną nie były nawet poprawne.

W pewnym okresie życia pozwoliłem, by relacja Matka – Syn stały się relacjami przyjacielskimi, jeszcze bardziej niż w czasach licealnych. Choć życie kręciło się tylko wokół Wojtka, nie mając znajomych musiałem i chciałem z kimś rozmawiać. Niestety alkohol też zrobił swoje. Wywołując depresję czułem się samotny i miałem jeszcze większą potrzebę zwierzania się. No i … Ona wiedziała o mnie wszystko, ja o niej niewiele mniej, ale… ja mojej wiedzy nie wykorzystuję, a ona tak. Z troski? Czy może z wyrachowania lub innego powodu? Ile razy słyszałem, że powinienem odciąć pępowinę i żyć swoim życiem? Tak, prawda, powinienem tak zrobić, ale życie potoczyło się tak a nie inaczej.

Popełniłem błąd. Pozwoliłem, by Matula była dla mnie przyjaciółką. Wtedy nie wstydziłem się tego. Byłem wręcz dumny, że mam młodą Matulę a relacje z nią są rewelacyjne, czego zazdrościli mi inni, mimo, że nie rozumieli do końca sytuacji i mojego podejścia, ostrzegali mnie przed konsekwencjami takiego zachowania i wręcz byli zażenowani takim zachowaniem Niestety teraz mam problem z wycofaniem się z takiej reacji, mimo kilkakrotnych rozmów bez emocji, tłumaczenia, wyjaśniania, często w ramach zaleceń terapeutycznych. Łatwiej mi już powiedzieć: „Nie pytaj, bo nie odpowiem Ci. To moja sprawa. Itp”, ale przeżywanie jej zachowania, „fochów”, komentarzy, złośliwości przerasta mnie cały czas. Wiem, usłyszę: „Nie przejmuj się. Nabierz dystansu.”. Problem w tym, że nie chcę jej zranić. Chyba to również efekt stereotypu wychowawczego – szanuj matkę bez względu na cokolwiek. No i … żniwo zbieram…

Dwa miesiące temu, z polecenia znajomego dostałem zlecenie. Wykonanie wiązało się z dobrą kasą, której w tej wysokości dawno nie widziałem. Na samym początku ustaliłem z Matulą, że dzielimy się po połowie, przy założeniu, że oboje pracujemy i dzielimy się pracą. Logiczne i uczciwe podejście do sprawy. Wszystko robiła, żeby nie zająć się pracą związaną ze zleceniem. Tłumaczyła się złym samopoczuciem, tym, że przejęła po mnie część obowiązków u pozostałych, zresztą własnych klientów. Ciągle jakaś wymówka. Miałem ustalony harmonogram wykonania zlecenia, którego starałem się trzymać. W środę usłyszałem: „Zrób w końcu te papiery, bo kasa jest mi potrzebna”. Przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i milczałem, choć w środku aż we mnie wrzało. Oczywiście, z własnej, nieprzymuszonej woli skończyłem zlecenie. Przekazywanie analiz następowało regularnie, na końcu omówiłem wszystko i … dostałem kasę. Podzieliłem się kasą, tłumacząc sobie, że dołożyłem się do leków. Mimo to było mi przykro. Przedstawiałem argumenty, że nie powinno tak być, ale w końcu poddałem się. Czułem żal, niesmak, zdenerwowanie… Po raz kolejny pozwoliłem na coś podobnego. Czuję się zwyczajnie oszukany. Rozumiem, że każdemu pieniądze są potrzebne, ale to był mój pierwszy większy zarobek od 2009 roku. Mimo wszystko mam ogromną satysfakcję, czuję zadowolenie z wykonanej pracy. Warto było nie tylko ze względu na pieniądze, ale widoku zadowolonej kobiety. Poza tym po raz pierwszy od dłuższego czasu dostrzegłem małą iskierkę wiary w siebie, swoją wiedzę.

W środę widziałem się z bratową Olą. Coś dziwnie wyglądała. Uśmiechnięta, radosna i … miała większy brzuch. Domyśliłem się, że jest w ciąży. Nie pytałem. W końcu powiedziała. Ucieszyłem się. Zaplanowali z Mirkiem ciążę i szanuję ich decyzję. A moja Matula? Hm… ona nie. Z większością jej argumentów zgadzałem się, ale to sprawa brata i bratowej i nic nikomu do tego. Powiedziałem w końcu: „Tak naprawdę nie rozumiem Twojego podejścia. Przynajmniej uszanuj ich decyzję. Są dorośli i według mnie odpowiedzialni. Mają do spłacania kredyt na niedawno kupione mieszkanie. Mirek ma córkę i pasierba. Nie mnie oceniać czy teraz są lepsze czasy na wychowanie dzieci. Z pewnością inne. Czy Ty zawsze musisz być przykra w takich sytuacjach i krytykować własne dzieci? Wtrącasz się prawie we wszystko. Nie nauczyłaś się na moi przykładzie, że takie zachowanie powoduje odrzucenie? Chcesz stracić na jakiś czas kolejnego syna?”. W odpowiedzi usłyszałem: „Głupi jesteś. Oni nie dadzą rady, a ja im nie pomogę i po moim trupie pozwolę pomóc ojcu.”. Tak. I tak pomogą, zwłaszcza ojciec. On dla dwóch synów i ich dzieci – swoich wnuków zrobi wszystko, co możliwe. Nie za bardzo rozumiem jej podejścia. Nawet, jeśli jej argumenty są rozsądne i z częścią się zgadzam, to przecież ona też decydowała się na dzieci a akurat Mirek był zaplanowanym potomkiem. I tak wyglądają ostatnio rozmowy z moją Matulą.

Przy okazji Matula dała mi odczuć po raz kolejny, że nic jej nie mówię. Powiedziałem, że nie chcę i nie muszę. Foch trwał do mojego wyjazdu w piątek. Wtedy jej złość sięgnęła zenitu. Całą frustrację związaną z ojcem przelała na mnie. Zwracając uwagę nawet pomyliła imiona, krzycząc wypowiedziała imię ojca. Tylko popatrzyłem i powiedziałem: „Widzisz. Masz problem. Przestań na mnie wyżywać się. Albo się ogarnij i porozmawiaj z ojcem, albo po prostu daj mi spokój. Mam już dosyć takich sytuacji. Nie przychodź do mnie na żalenie się. Idź do swoich dwóch innych synów i synowych. Ja mam już dosyć.”. Trzaskając drzwiami i informując, że będę w kolejną środę, wyszedłem…

Szczerze mówiąc jestem zmęczony takimi sytuacjami.

Dziś wiem, że nie pozwoliłbym sobie na takie zbliżenie – „spoufalenie” z rodzicem – Matulą. Matka powinna pozostać Matką. Powinna być wsparciem i powinna być wspierana w trudnych chwilach. Im mniej wie o problemach, moim życiu, tym lepiej. Przynajmniej nie wykorzysta informacji w rozmowach, kłótniach. Przyjmijmy, że rozumiem słowo miłość, szacunek. Kocham i szanuję Matulę, ale nie pozwolę jej na wtrącanie się w moje życie. I wszystko robię, żeby moje relacje z nią uległy zmianie. Żeby znowu stały się zdrowe.

Według mnie nie powinno przekraczać stałej granicy. Matka powinna pozostać Matką, a Syn – Synem. I basta! Im mniej wiedzą o sobie, tym lepiej. Jeśli dalej się posunie te relacje mogą szkodzić obu stronom.

Inną sprawą jest „narzekanie” na Matulę.

Odkąd pamiętam ciągle powtarzałem z Sabkiem „Nie będę taki, jak ojciec i Matula…”. I co? Sabek jest podobny do ojca, ja do Matuli a Mirek stanowi mieszankę wybuchową. To widać, słychać i czuć – jak w piosence. Jestem świadomy swojego podobieństwa do Matuli i dlatego staram się ją zrozumieć i jednocześnie nie powielać jej błędów. Mam to szczęście (?), że nie mam własnych dzieci. Dzięki temu kolejne pokolenie uniknie tego, czego ja doświadczyłem. Współczuję moim bratankom i bratanicą, ponieważ widzę zachowanie braci i „męczenie się” dzieciaków. Ich frustracja przeradza się czasami w niechęć w kontaktach z rodzicami. Tak było również ze mną i braćmi. Najważniejsze jest porozmawiać o swoich „żalach”, pretensjach, bo życie z takim ciężarem rodzi kolejne problemy we własnym życiu. Poza tym ciągłe okazywanie wdzięczności też nie jest zdrowe. Często bywa wymuszone. Próbuję to zrobić, ale chyba jeszcze nie do końca osiągnąłem swój cel. Cel, który choć w małej części pozwoliłby mi na osiągnięcie harmonii w życiu.

Notka miała być ciekawa, a mam wrażenie… Myślę, że do tematu jeszcze wrócę za jakiś czas.

Dziękuję wszystkim za oddanie głosu na blog.

Do każdej notki będzie stały „ps”. Niestety blog pisany jest w starym systemie i nie mam przesyłanych informacji o dodanych komentarzach do starych notek. Coraz bardziej niosę się z zamiarem przeniesienia bloga na blogspot.pl, ale szkoda mi utracić komentarzy, których nie da się przenieść. Zresztą przenoszenie potrwa, a jestem laikiem w tej kwestii. Blog o tej samej nazwie już założyłem.

Miłego weekendu

Nieufny

Ps. Proszę, wpisz się do księgi gości. Wpisując komentarz do starszej notki napomknij o tym w najnowszej. Niestety system nie informuje mnie o wpisanych komentarzach a staram się na każdy odpowiadać.

Ps. notkę zacząłem pisać w czwartek i skończyłem dopiero dzisiaj :(