10.01.2012

POCZUCIE WINY 08-09/01/2012

Poczucie winy…

W jaki sposób na nas działa? Skąd się bierze? Jak z nim żyć? Co dla mnie znaczy? Czy głęboko we mnie tkwi? Jak mnie wpływa? Hm…

Zadaję sobie te i podobne pytania od dawna.

Pisanie bloga i terapia nie pomogły mi do końca w zrozumieniu znaczenia tych słów. Ciągle rodzą się pytania, na które próbuję odpowiedzieć.

Duży wpływ na całą notkę miało niedzielne zdarzenie. Po raz kolejny potwierdza się, że nie ma przypadków…

Borykam się cały czas z przeszłością. Początek bloga jest inny, bardziej spazmatyczny, „nienormalny” jak na faceta prawie czterdziestoletniego. Wspomnienie, użalanie się na sobą, rozpamiętywanie… Jednak było mi to potrzebne. Narodziłem się i rozwijam – dobrze, że późno niż w ogóle. Przebudziłem się??? Chyba jeszcze nie do końca…

Wielokrotnie wspominając przeszłość czułem ogromne poczucie winy…Z początku dołowałem się, ale teraz chyba potrafię wytłumaczyć, że jest czasami nieuzasadnione. A jeśli nawet czuję się winny, staram się wtedy przeprosić osobę, którą skrzywdziłem.

Moje poczucie winy towarzyszy mi od dzieciństwa. Zawsze krytykowano moje postępowanie. Czy rzeczywiście przyniosło pozytywny efekt? Niestety, chyba nie.

Teraz jestem sobą, a przynajmniej staram się. Moje zachowanie, wybory, decyzje często nie idą w parze z normami społecznymi, naszą kulturą, w jakiej mnie wychowano. Zwłaszcza teraz, gdy rzeczywiście trzeźwieję. Mimo to, często zdarza się, że zmieniam swoje postępowanie, bo nie mam innego wyjścia. To nie kwestia „czy mi wypada, czy nie”, ale chcąc normalnie żyć dostosować się do ogólnych norm.

Skąd taki temat taki?

Ciąg dalszy poprzedniej notki. Myśli o samobójstwie to efekt ogromnego poczucia winy. Nie spełniłem niczyich oczekiwań. Stałem się nikim. Ćpunem, alkoholikiem, chorym na AIDS, z problemami w różnych sferach życiowych, bez pieniędzy, nawet na leki. A miałem być kimś! Zaplanowano mi karierę, namawiając mnie na zdobycie opłacalnego zawodu, co miało mi zabezpieczyć życie. Tym bardziej zabezpieczyć, że jestem gejem. A gej nie ma dzieci i musi mieć pieniądze na opiekę na starość… Poczułem się winny wszystkiego i tym razem wywołało to u mnie stan depresyjny. Później po tych myślach odrodziły się we mnie kolejne pokłady poczucia winy… Zrobię to i co dalej? Nawet, jeśli ułatwię życie innym i w jakiś sposób je zabezpieczę to, co będzie z nimi? Potwierdziliście to zresztą swoimi komentarzami. Poza tym wczorajsza próba samobójcza prokuratora wojskowego „wstrzeliła się” w moje przemyślenia. Wprawdzie jego rodzina może mieć większe problemy niż moja.

Na peronie czułem wstyd, wstręt do siebie, zażenowanie, niezrozumienie, zagubienie i poczucie winy…

Jadąc pociągiem starałem się wsłuchać w siebie. Zrozumieć, dlaczego miałem znowu takie myśli? Przecież wiem, że nic nie zrobię w kwestii refundacji leków. Muszę popłynąć z nurtem, aby dalej żyć. Zmienić swoje życie. Kolejny raz całą hierarchię priorytetów. No i, w jakiś sposób przestać być sobą. Niestety, niewiele dały przemyślenia. Gdy zobaczyła mnie Krysia od razu spostrzegła, że znowu jest coś nie tak. Wyrzuciłem z siebie całą złość, gniew, żal, ale to również nie pomogło.

Nie wierzę w przypadki, jak wiecie. Poza tym, parapsychologia była kiedyś moim zainteresowaniem. Podobnie, jak wszystko, co związane z magią, medytacją i dążeniem do harmonii życia… Chyba telepatycznie wywołałem temat poruszony na terapii, który akurat dotyczył m.in. poczucia winy. Zapytana o to Krysia wiele powiedziała. Mówiąc została zmuszona do odnalezienia siebie, wskazania czy terapia pomogła w uporaniu się z tym problemem (najbardziej w niej tkwi). Później przyszła kolej na innych. Wypowiedzi w ramach zwrotów. Okazuje się, że poczucie winy jednych napędza do działania, innych dołuje a niektórzy w ogóle nie odczuwają takiego uczucia. Najbardziej zaskoczyło mnie to ostatnie. I przeraziło, tym bardziej, że powiedziały to młode osoby, z niewielkim „doświadczeniem” picia. Qrwa! Jak można nie czuć się winnym, kiedy piło się będąc w ciąży? Nie mogę zrozumieć stwierdzenia: „Piłam w ciąży. Trudno. Nie rozmyślam o tym.”. Patrząc od kilku miesięcy na trzeźwienie Żanety zauważyłem, że będąc w kolejnej ciąży, choć nie pije to ma cały czas pijackie myślenie – przecież pali papierosy. Jej szkodzi, ale dziecku jeszcze bardziej. Nie rozumiem, ale staram się przynajmniej akceptować jej decyzję i postępowanie. Jej wybór… Zresztą nie jestem w podobnej sytuacji, więc najmniej mogę wypowiadać się na ten temat. Ogarnął mnie jednak strach… Pomyślałem, że może dojdę do takiego momentu. Z drugiej strony zazdrościłem, że w jej życiu „nie gości” to uczucie. To wolność! Nie mieć poczucia winy. Obarczanie się nim to krok do autodestrukcji.

W zwrotach wywaliłem z siebie wszystko, co możliwe. Łamiąc zasady, mówiłem ponad kwadrans. Czułem na sobie wzrok, kątem oka dostrzegłem wychylające się osoby, wpatrujące się i wsłuchane w to, co mówię… Dziwne uczucie. Powiedziałem mniej więcej tak: „Poczucie winy było, jest i będzie. Żeby się z nim uporać musiałbym wyjechać daleko, zapominając o wszystkim, najpierw przeprosiwszy i wszystko zacząć od nowa. Jednak nie jestem pewien czy stałbym się wolny od takich emocji. Przecież wyjazd wzbudziłby we mnie kolejne poczucie winy – zostawiłem znowu wszystkim, stając się egoistą niepatrzącym na uczucia innych. Od dziecka rodzice wpajali mi, jak mam się zachowywać, co wypada a co nie. Muszę pamiętać, że jestem dzieckiem mężczyzny na stanowisku, z nieskazitelnym życiem, działającym zgodnie z prawem. Wpajano mi to tak głęboko, że tkwi do tej pory. Matula wiele widziała, zwłaszcza wszystko, kiedy ćpałem. Ogarniał ją strach, kiedy naćpany znikałem gdzieś i spotykałem się na seks i wracałem późno następnego dnia, wypijając pół litra wódki, by za bardzo nie odczuć zejścia z amfetaminy. Wiele razy przepraszałem, błagałem o wybaczenie. Niestety, za każdym razem, podczas jakiejkolwiek rozmowy Matula wspomina ten okres. Jednak nie robi tego, by pokazać, jak mogę być silny, ale, żebym zobaczył, co zrobiłem innym. Jestem zmęczony przekonywaniem o swoje świadomości, strachu i niechęci przed powrotem do przeszłości i … przepraszaniem. Takie sytuacje mnie denerwują i powodują złe nakręcanie się, które prowadzą do dołów emocjonalnych, pogłębienia się depresji. Z upływem terapii chyba lepiej radzę sobie z tą emocją. Jest inna, nie wiem, czy mniejsza i „lepsza”. Trudno mi opisać. Zauważyłem, że czasami pozytywnie na mnie wpływa. Dzięki poczuciu winy, rozumiem, że zrobiłem źle w życiu i teraz wszystko robię, by nie wrócił ten stan. Wkręcam się w działanie? Nie wiem. Uważam inaczej niż wszyscy. Mnie poczucie winy nie odstąpi. Zresztą nie wiem, czy chciałbym, aby zniknęło. Staram się nie tworzyć czarnych scenariuszy, wywoływać w sobie „użalania się”, analizować wszystko, co zrobiłem i robię… Choć bardzo jestem tym zmęczony. Szczerze mówiąc, mam dosyć spotkań, terapii. Chyba zamęczyłem się 2,5 latami grzebania w swoim życiu, sobie…”.

W tym momencie zaczęły się kolejne pytania w kwestii ostatnich zdań… Spojrzałem i pokiwałem głową, mówiąc: „Dajcie mi spokój. Nie chcę o tym mówić”.

Konkluzja z terapii jest taka: należy mieć poczucie winy, ale starać się żyć w harmonii z tym uczuciem i dążyć do wyrównania szali wagi emocji. Nie za wiele i nie za mało… w sam raz… Qrwa! Jak łatwo mówić…

Kolejnym potwierdzeniem moich przemyśleń było zdarzenie niedzielne. O godzinie 14 wpada Radek do domu. Kolega Pana B., mąż przyjaciółki Pana B.. Kilka razy pisałem o Radku, wyrażając swoje niezadowolenie z jego zachowania. Nie jestem tradycjonalistą, ale z doświadczenia wiem, że wizyty u kogoś muszą mieć jakiś sens. Rozumiem, wpadam na kawę… ale nie rozumiem bez zapowiedzi. To czasy telefonów komórkowych (i tu punkt – plus za ich istnienie) i myśląc o wizycie wystarczy wykonać połączenie i zaproponować spotkanie: „Jestem nie daleko. Wpadnę na kawę, co Ty na to?”. Jedno, dwa zdania… Wszedł, ściągnął buty i nie wytrzymałem… Dawno tak nie krzyczałem, trzęsąc się przy okazji i wywalając prawie wszystko, co mi leżało na wątrobie. Chłopak stał, milczał, czerwienił się i nie wiedział, co powiedzieć. Jeszcze bardziej wyprowadził mnie z równowagi, kiedy na moje pytanie „Matka nie wychowywała Cię, jak się postępuje, jak się zachować, chcąc do kogoś iść” usłyszałem odpowiedź „Wtedy komórek nie było”. NO, QRWA! Teraz mnie bawi ta odpowiedź. Świadczy o tym, jak pewny jest siebie i jak wszystko ma w dupie, a każde zwroty do niego, nawet te zbyt bezpośrednie i dosadne niewiele wnoszą… Opadły mi ręce i poszedłem do pokoju. Zdziwiłem się szybkim opadnięciem złości i drżeń rąk i głowy… Leżałem na łóżku próbując się wyciszyć. I zaczęło się… POCZUCIE WINY! No, szlag… Pomyślałem: „Po co dałem się wkręcić? Po co krzyknąłem? Wystarczyło powiedzieć spokojnie albo milczeć i wyjść z kuchni, niczym się nie przejmując. Muszę go przeprosić.”…

Chwila, chwila…

Za co mam przeprosić? Za to, że powiedziałem prawdę? Chyba jedynie za podniesiony głos, ale chyba też nie, bo tak wyśrubowałem swoje emocje, tłumione w środku od dawna, że właśnie to jest wytłumaczeniem krzyku. Skąd to poczucie winy? Nic złego nie zrobiłem. Byłem sobą, nie patrząc tym razem na innych, nawet Pana B.. Wreszcie powiedziałem, co powinienem dawno zrobić. Nie potrzebnie się męczyłem i tłumiłem wszystko. A, że trafił na zły moment (humor?), miał pecha.

Zastanawiam się na jednym jeszcze. Wczoraj czytałem, że dalej ciągnie się protest lekarzy. Jak usłyszałem, że to „dla dobra pacjenta, chorego” to nie wytrzymałem… Czy lekarze nie mają czasem poczucie winy? Qrwa! Dlaczego wprost nie powiedzą związki zawodowe lekarzy: „Protestujemy, bo boimy się konsekwencji? Komunikat jest tylko komunikatem, a nas obowiązują przepisy. Boimy się kary ustawowe”. Ot, cała polityka… Takie zdanie byłoby bardziej zrozumiałe dla mnie – chorego niż wymuszone „Przepraszamy, to dla dobra chorych”. Już Qrwa uwierzę…

Dalej nie wiem, jak działa motywująco na mnie poczucie winy. Chyba bardziej mnie dołuje, ale nie mogę, nie chcę i nie potrafię żyć bez tej emocji. Poczucie winy cały czas mnie dopada, nawet w zwykłych sytuacjach, które dla innych są błahostką. Nawet w relacjach z Panem B.. Wystarczy nie komplikować sobie życia… Nie potrzebnie wbijam się sam w ten stan, ale… taki jestem… szczery, naiwny, zbyt dobry (?), za bardzo wczuwający się w innych, zbyt dosłownie biorący do siebie wszystko, mało zdystansowany do siebie i życia…

Poczucie winy jest chyba jednym z wielu uczuć, które są we mnie zbyt głęboko. Tkwi tak mocno, że do tej pory często nie jestem sobą, mimo, że ciągle powtarzam: „Jestem sobą”. Kolejny temat do notki? A może tym razem o relacji Matula – syn? Czy może być relacją przyjacielską, więcej niż zwykła rodzinną?

Miłego dnia :)

Nieufny

Ps. Nie czytałem drugo raz, więc nie wiem czy to trzyma się składu i czy o wszystkim napisałem.

Ps. Dziękuję za komentarze, chyba na każdy odpowiedziałem…

Ps. To jak? Dyskusja? Jak jest u Was z tym? Jak radzice sobie z poczuciem winy? Może coś wszyscy weźmiemy dla siebie z wspólnych komentarzy - zwrotów?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz